które zostawiał w śniegu, ale bardzo szybko porzucił ten pomysł. To nie było ważne.

Zresztą, kto by go tu szukał?

Hogsmeade w nocy wydawało się niemal wymarłe. Jedyną oznaką życia były

rozświetlone gdzieniegdzie okna, które rzucały na śnieg kwadraty ciepłego światła.

Harry starannie je omijał, zmierzając wprost ku swemu celowi... ku leżącej w pewnym

oddaleniu od głównego traktu karczmie. Wiedział, że będzie otwarta. I że nikt nie

zwróci uwagi na kolejnego, ukrywającego się przybysza.

Przystanął przed drzwiami. Ze środka dochodziły głośne rozmowy, zachrypnięte

śmiechy i pijacki bełkot. Wziął głęboki oddech i pchnął ciężkie drzwi Świńskiego Łba.

Tak, jak się spodziewał, nikt nie zwrócił uwagi na samo-otwierające się drzwi, ani

pojawiające się na zabrudzonej, drewnianej podłodze mokre ślady. Rozejrzał się.

Dostrzegł grupę podchmielonych czarodziejów o długich, splątanych włosach,

ubranych w wytarte, połatane płaszcze, którzy wyglądali tak, jakby karczma była ich

miejscem zamieszkania. Pod ścianą siedziało kilka zakapturzonych postaci, a przy

jednym ze stolików dwie młode kobiety, które zdawały się w ogóle nie pasować do

tego miejsca. Ale w momencie, kiedy jedna z nich odwróciła na chwilę głowę,

dostrzegł jej oczy - miały jadowicie żółty kolor i podłużne źrenice. A więc nie były

ludźmi. Tak samo jak siedzący pod oknem mężczyzna o chropowatej skórze

przypominającej korę drzewa.

To było właśnie takie miejsce. Skupiające wyrzutków. Odmieńców. Tutaj mogli być

sobą i nikt nie zwracał na nich uwagi. Harry do tej pory nie mógł uwierzyć, że Tonks

wybrała właśnie to miejsce na ich świąteczną zabawę. Teraz, bez tych wszystkich

dekoracji, karczma wyglądała jak najgorsza speluna, z podłogą zasypaną słomą i tak

zapuszczonym barem, iż wydawało się, że szorujący go barman jedynie

rozsmarowuje na nim brud. Ale Harry'emu to nie przeszkadzało. Liczyło się tylko to,

po co tu przyszedł.

Ale jak to zdobyć bez zwracania na siebie uwagi?

Stanął pod ścianą i czekał. Po krótkiej chwili barman nalał dwa kufle mocno

podejrzanego trunku i ruszył z nimi do stolika pod ścianą. Harry wykorzystał tę

szansę bez namysłu. Wśliznął się za bar i złapał butelkę czegoś, co na etykiecie

miało zaznaczoną dostatecznie wysoką ilość procentów, aby wystarczająco szybko

mogło posłać jego umysł w stan błogiego zapomnienia. Zostawił na blacie kilka

galeonów, schował butelkę pod pelerynę, złapał pierwszą z brzegu szklankę i zaszył

się w najciemniejszym kącie karczmy.

Pierwszy łyk przypominał wypicie płynnej lawy. Ale tak poparzyło mu przełyk, że

kolejnych już w zasadzie nie czuł. Po prostu pił, wpatrując się w sęki na drewnianym

blacie i starając się nie myśleć o niczym. Ani o Voldemorcie, ani o walce, która go

czekała, ani o tym, że prawdopodobnie już za parę dni zginie... ani o tym, że nie ma

z nim żadnych szans, że niczego nie umie, niczego pożytecznego się nie nauczył, po

prostu zmarnował tylko czas...

Ani o tej... o tej wysokiej sylwetce, która w jakiś niezrozumiały sposób znów zaczęła

przyciągać jego spojrzenie, ani o tym głosie, który doprowadzał do tego, że

przechodziły go ciarki, ani o zimnych dłoniach, których dotyk wciąż tak wyraźnie

pamiętał... ani o parze tych głębokich, mrocznych oczu...

Ani o myślodsiewni, w której okazało się, że wszystko, w co wierzył, było tylko

kłamstwem...

Kłamstwo.

Zatrzymał się na tym słowie i obracał je w myślach niczym coś niezwykle

intrygującego. Wziął kolejny łyk i spróbował skupić wzrok na sęku, ale nie był w

stanie. Obraz rozmazywał mu się przed oczami, wszystko wokół coraz bardziej

wirowało.

Kłamstwo.

Jedno wielkie gówniane kłamstwo.

Nie jesteś dla mnie nikim.

Kłamstwo.

Tak straszliwie cię pragnę.

Kłamstwo.

Nie mogę tego zmienić.

Kłam...

Harry zmarszczył brwi.

Zaraz, przecież Snape... myślał wtedy, że Harry śpi. Po co miałby mu to mówić? Po

co miałby go przytulać, skoro uważał, że Harry zasnął? I przecież sam go do siebie

zaprosił na noc. A wcześniej...

Myślisz, że tylko ty musisz poświęcić coś, co jest ci najbliższe?

Najbliższe...

Najbliższe...

Słowa Snape'a odbiły się w jego umyśle.

To w ogóle nie miało sensu.

Potrząsnął głową, by pozbyć się tego irytującego echa, które wciąż do niego

powracało.

Jeszcze bardziej zmarszczył brwi w umysłowym wysiłku. Powinien się napić... Wziął

kilka łyków. O tak, teraz o wiele lepiej mu się myślało...

Jeżeli dopuścisz do priorytetów osobiste uczucia, to już jesteś przegrany.

O tak. Tak właśnie powiedział. Ale co to mogło oznaczać?

I... i przecież chciał, żeby Harry spędził z nim święta. Po co miałby tego chcieć,

gdyby go nienawidził? I przygotował mu piwo kremowe z cynamonem. Pamiętał o

tym. I pozwolił mu zostawić choinkę. I... i zachował sekret Tonks i Luny, bo Harry go

o to poprosił.

I przecież...

Harry wziął kolejny łyk. Tak bardzo kręciło mu się w głowie, że z trudem rozpoznawał

kształty.

Przecież... ktoś, kto jest takim potworem, nie mógłby... nie mógłby opatrywać mu

nogi z taką czułością. Nie przynosiłby mu kolacji z Wielkiej Sali, twierdząc, że zrobił

to skrzat. Nie pomagałby mu w nauce i nie pakował mu do torby książek z

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги