przyspieszony oddech parzył mu skórę, a to płonące spojrzenie wdzierało się do jego
zielonych oczu i... i nagle to zobaczył... zobaczył, jak to coś odległego przybliża się, rozrasta, wypełniając czarne tęczówki, pochłaniając je, pochłaniając wszystko...
I wtedy Snape cofnął się jak oparzony, wypuszczając z uścisku jego twarz i patrząc
na niego tak, jakby Harry coś mu zrobił. Zanim chłopak zdążył zorientować się w
sytuacji, mężczyzna machnął różdżką, uwalniając go i odwrócił się do niego plecami.
- Wynoś się stąd. - Usłyszał jego odległy, zduszony głos. - Natychmiast stąd wyjdź.
Ale Harry nie poruszył się. Szeroko otwartymi oczami wpatrywał się w plecy
Snape'a... w jego trzęsące się ramiona... zaciśnięte niemal do krwi pięści...
Powoli przeniósł spojrzenie na ukryte za biblioteczką tajne laboratorium. Przed
oczami pojawił mu się obraz szklanej gabloty i ukrytych w niej prezentów.
Niczym w transie pochylił się i podniósł z podłogi swoją różdżkę.
Ślady paznokci na drewnie... tak głębokie...
Ponownie przeniósł spojrzenie na Snape'a... na tego mężczyznę, który stał tam i...
niemal się trząsł... w którego oczach widział... widział...
Nic do siebie nie pasowało. Żaden element nie był tym, którym powinien być, nawet
jeżeli wydawał się być w odpowiednim miejscu. W głowie Harry'ego tłoczyło się
tysiące scenariuszy, ale nigdy żaden z nich nie będzie kompletny, żaden z nich nie
będzie poprawny, dopóki... dopóki nie pozna prawdy. Całej prawdy. Wszystkich
brakujących elementów.
Nie. Dopóki nie odkryje... jak naprawdę wyglądają te elementy, które już zdobył.
Czuł szum w uszach i pulsowanie w głowie. Ciśnienie przepływającej w żyłach krwi
niemal dorównywało iskrom wypełniającego go żaru.
Nie pozostało mu już nic. Za kilka godzin zginie...
Uniósł rękę i wycelował różdżką w plecy stojącego przed nim mężczyzny.
Choćby miała to być ostatnia rzecz, jaką zrobi w życiu... Choćby miało to być ostatnie
zaklęcie, jakie rzuci...
Wyciągnął rękę i strącił z półki stojącą na niej butelkę. Kiedy spadała, czuł, jak z
każdą sekundą wypełnia go magia.
Butelka rozbiła się na kamiennej posadzce.
Jeżeli ceną za poznanie prawdy jest jego śmierć... to jest gotów ją zapłacić. Choćby
tu i teraz.
Snape odwrócił się, zaskoczony hałasem, a wtedy jego oczy zostały pochwycone
przez zielone tęczówki.
- Legilimens Evocis!
Harry poczuł, jak zaklęcie wypełnia go, a jego siła jest tak ogromna, że niemal
rozrywa go na strzępy. Uwolnił je i pozwolił mu się poprowadzić, wzdłuż różdżki, a
potem prosto w dwoje czarnych, rozszerzonych źrenic. Prosto ku prawdzie.
--- rozdział 62 ---
62.The Truth
I'm a liar It's my secret no one knows
I'm a liar
Yeah, I know it doesn't show
No, I don't miss you anymore
No, I don't think of you
It's such a game to seem adored
No, I don't love you anymore*
Na ułamek sekundy zrobiło się ciemno i po chwili Harry doznał wrażenia, jakby
znalazł się w samym środku huraganu. Otoczyły go tysiące obrazów, tysiące myśli,
nałożonych jedne na drugie w niekończącej się kakofonii. Zanim jednak zdążył zdać
sobie z tego sprawę, poczuł, jak spada, wciągany przez wir przypadkowego
wspomnienia, i kiedy odzyskał równowagę, w jego uszy uderzył rozpaczliwy krzyk i
płacz.
Obraz wyostrzył się i pomimo panującej ciemności Harry dostrzegł kilka skulonych
pod ścianą sylwetek. Byli to nastoletni chłopcy w wieku nie starszym niż trzynaście
lat. Na ich twarzach zaciętość zdecydowanie przegrywała z przerażeniem. Jednak to
nie oni krzyczeli. Wrzaski i płacz dochodziły z sąsiedniego pomieszczenia, do
którego prowadziły otwarte na oścież, wiszące na jednym zawiasie drzwi. Blask
kołyszącej się pod sufitem lampy stanowił jedyne oświetlenie, prześlizgując się po
pokrytej krwią podłodze i zachlapanych ścianach. Na ułamek sekundy z ciemności
wynurzały się połamane, poprzewracane meble i... leżące na podłodze ciała. Z wciąż
otwartych ran sączyła się krew, powykręcane pod dziwnym kątem kończyny
wyglądały tak, jakby coś je połamało jak zapałki. Spod jednej ze ścian dochodziło
zawodzenie i łkanie kilku dziecięcych głosów, jednak światło tam nie sięgało.
Prześliznęło się jednak po ustawionym na środku pomieszczenia stole i po jasnych
włosach przygwożdżonego do niego, młodego chłopca... i po pochylonej nad nim
potężnej sylwetce mężczyzny o gęstej grzywie potarganych włosów, który szybkimi,
bezwzględnymi pchnięciami wdzierał się w to drobne, nagie ciało, wywołując
spazmatyczne wrzaski nieskończonego bólu...
Severus uniósł różdżkę, kierując ją w stronę drzwi, które uniosły się, naprawiły i
zatrzasnęły, tłumiąc krzyki. Nie wahając się ani przez chwilę, rzucił na drzwi jeszcze
jedno zaklęcie, które sprawiło, że rozświetliły się one czerwienią. Jego nieruchoma
do tej pory twarz zmieniła się. Pojawił się na niej wyraz obrzydzenia, w czarnych
oczach rozpaliło się coś... przerażającego. Powoli odwrócił się do chłopców,
obrzucając ich lodowatym spojrzeniem. W lewej ręce trzymał pokrytą czerwonymi
kroplami, białą maskę. Na jego ciemnozielonej szacie widniały plamy i nawet jeżeli