I tak dalej. Ciągnęły rozmowę prowadzoną na użytek podsłuchiwaczy, taką, jaka powinna

toczyć się między wozacką księżniczką a jej damą do towarzystwa. Kailean sama się

zdziwiła, jak łatwo i szybko weszła w rolę ubogiej dziewczyny z prowincji, która stara się

wpoić podstawy dobrych manier i obyczajów trochę dzikiej barbarzyńskiej arystokratce. Ale

choć uważała, że ta gra jest nawet zabawna, to cały czas czuła pod skórą niepokój. Dag od

razu uznała, że ktoś je podsłuchuje. A jeśli tak, to znaczyło, że hrabia nie jest tak do końca

zachwycony ich wizytą albo – jeszcze gorzej – coś podejrzewa. Jeśli rzeczywiście on albo

ktoś z jego zamku miał cokolwiek wspólnego z zabójstwami w górach, oczywiste było, że

będzie się pilnował, lecz takie szpiegowanie już od pierwszej chwili nie wróżyło dobrze.

Ich komnaty znajdowały się na drugim piętrze głównego budynku, z okien widać było

tylko dziedziniec i stajnie po jego przeciwnej stronie. Żadnych szans na ucieczkę, bo do tych

pomieszczeń prowadziły tylko jedne drzwi, wychodzące na dodatek na labirynt korytarzy, w

którym można się było zgubić. Właściwie hrabia nie potrzebował lochów, żeby je uwięzić.

Wystarczyła demonstracyjna gościnność.

Pukanie do drzwi rozległo się, gdy kończyła układać włosy Dagheny.

– Pan hrabia ma zaszczyt zaprosić waszą wysokość na kolację.

W drzwiach stała młoda dziewczyna, na oko piętnastoletnia, w stroju, przy którym

sukienki Kailean wyglądały jak szaty cesarzówny. Ciemna szarość, mankiety szerokości

tasiemek i brak kołnierzyka. Fartuch nie różnił się odcieniem od reszty. Skromniejsze mogły

być tylko stare worki z otworami na ręce i głowę.

– Doskonale, bo zgłodniałam. – Dag uśmiechnęła się do dziewczyny, ale ta nawet nie

mrugnęła. – Nie powinnyśmy kazać gospodarzowi czekać. Tak, Inro, to dotyczy również i

ciebie. Idziemy.

Dag zadziałała tak, jak to ustaliły po drodze, kiedy umówiły się, że nie pozwolą się

rozdzielić przez pierwsze godziny. W paszczy niedźwiedzia lepiej znaleźć się we dwie.

Labirynt okazał się mniej straszny, niż im się początkowo wydawało, choć korytarzy było

sporo. Jak uprzedzała je Besara, wszędzie wisiała broń. Miecze, topory, buzdygany i włócznie

zasłaniały sporą część ścian, rozwieszone w ilościach sugerujących, że hrabia jest w każdej

chwili gotów wystawić armię do walki z dowolnym wrogiem. Pancerzy też by nie zabrakło.

Oraz tarcz i hełmów. Przy czym niektóre wyglądały, jakby ze starości przyrosły już do

murów. Ród der-Maleg miał trzysta lat, by stworzyć taką kolekcję.

No i obrazy. Przy pierwszych trzech Daghena nawet zwolniła, zaciekawiona, ale następne

– a po drodze minęły ich około dwudziestu – już zignorowała. Ileż można oglądać mężczyzn

w zbrojach, stojących na tle stosów trupów? Sądząc po tych obrazach, przodkowie hrabiego

nie tyle byli żołnierzami Imperium, ile własnymi rękami to Imperium zbudowali, osobiście

wygrywając wszystkie ważniejsze bitwy.

Po kilku minutach i kilkunastu zakrętach stanęły przed jasnymi drzwiami.

– Hrabia czeka. – Służąca ukłoniła się i odeszła.

Daghena wyciągnęła rękę do klamki.

– Wasza wysokość – Kailean uprzedziła ją – pozwoli, że ja to zrobię.

Nie czekając na odpowiedź, otworzyła drzwi i weszła do środka.

– Księżniczka Gee’nera z rodu Frenwelsów – oznajmiła, stając z boku.

Odpowiedziało jej szuranie krzeseł. Wokół stołu, mniejszego niż się spodziewała, lecz

wystarczającego dla jakichś dwunastu osób, siedział hrabia z żoną, dwaj z jego trzech synów i

jasnowłosa piękność. Teraz wszyscy wstawali, witając wchodzącą ukłonami i dygnięciami.

Kailean rzuciła okiem na biały obrus, srebro i kryształy odbijające blask tuzina świec,

kilkanaście półmisków, trudną do zliczenia ilość karafek i dzbanów. Kolacja zapowiadała się

wystawnie. Przy stole znajdowało się jeszcze jedno wolne miejsce, nie sądziła jednak, by i ją

uwzględniono przy kolacji. W najlepszym wypadku spędzi wieczór, stojąc za plecami

„księżniczki”.

A ta wiedziała, jak zrobić wrażenie. Wyczekała chwilę, aż wszyscy wstaną, i dopiero

wtedy pokazała się w drzwiach. Perty błyszczały w blasku świec, podkreślając czerń włosów i

oczu, bordowa suknia eksponowała to, co dziewczyna powinna mieć wyeksponowane, a lekki

ukłon, jakim odpowiedziała na powitanie, był pełen dumy i godności.

– Księżniczko. – Hrabia już szedł w ich stronę, a radosne iskierki tańczyły mu w oczach.

– Widzę, że szlachetny naród Verdanno powierzył w moje ręce swój najcenniejszy klejnot.

– Nie mógł znaleźć lepszych w tych górach. – Daghena obdarzyła go uśmiechem, od

którego wosk w świecach zdawał się topić. Gdyby ktoś teraz powiedział Kailean, że Dag

jeszcze niedawno robiła sobie odciski na tyłku od siodła i szalała z łukiem po pograniczu,

nazwałaby go kłamcą. Sama siebie też nazwałaby kłamczuchą, bo przecież byłą Inrą-lon-

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги