Korytarz niezauważalnie przeszedł w schody prowadzące w dół szeroką łagodną spiralą.

— A więc nie masz nic przeciwko temu, żeby się znaleźć na innej planecie?

— Dołożę wszelkich starań, Korniej!

Teraz nieomal biegli na dół.

— Obecnie jesteśmy w szpitalu — mówił Korniej. — Za jego murami zobaczysz wiele rzeczy niezwykłych, a nawet strasznych. Ale pamiętaj, że jesteś tu absolutnie bezpieczny. Cokolwiek byś zobaczył dziwnego, wiedz, że ci to niczym nie grozi. Rozumiesz mnie?

— Tak, Korniej — odpowiedział Gag i znowu pozwolił sobie na uśmiech.

— Spróbuj sam się zorientować we wszystkim — mówił dalej Korniej. — Jeżeli czegoś nie zrozumiesz, pytaj. Odpowiedzi będą prawdziwe. Tutaj się nie kłamie.

— Rozkaz — powiedział Gag z najbardziej poważną miną.

Nieskończenie długie schody wreszcie się skończyły. Gag i Korniej wbiegli na dużą jasną salę. Jedna ze ścian była całkowicie przezroczysta, za ścianą była zieleń, żółty piasek ścieżek, połyskiwały w słońcu tajemnicze metalowe konstrukcje. Jacyś ludzie w nader jaskrawych i, powiedzmy to sobie wprost, lekkomyślnych strojach o czymś rozmawiali na środku sali. Ich głosy świetnie pasowały do ubrań — nonszalanckie, nieprzyzwoicie głośne. I nagle jednocześnie umilkli, jakby ich ktoś wyłączył. Gag zauważy, że wszyscy patrzą właśnie na niego… Nie, nie na niego. Na Kornieja. Uśmiechy gasły, twarze kamieniały, spojrzenia odwracały się. I oto nikt już nie patrzy na Kornieja, w ogóle już nie patrzy w ich stronę, a Korniej spokojnie sobie maszeruje obok tych ludzi w kompletnej ciszy, jakby niczego nie dostrzegał.

Stanął przed przezroczystą ścianą i położył Gagowi dłoń na ramieniu.

— Jak ci się to podoba? — zapytał.

Olbrzymie chropawe pnie, kłęby, obłoki, całe chmury oślepiającej zieleni, żółte proste ścieżki, wzdłuż ścieżek ciemnozielone krzewy, niewyobrażalnie gęste, upstrzone nieprawdopodobnymi liliowymi kwiatami, i nagle z cętkowanego cienia na piaszczystą polankę wyszło niesłychane, absolutnie niemożliwe zwierzę, złożone wyłącznie z szyi i nóg, przystanęło, odwróciło maleńką głowę i spojrzało na Gaga ogromnymi aksamitnymi ślepiami.

— Nadzwyczajne… — wyszeptał Gag. Głos mu się załamał. — Wspaniale zrobione!

— Zebrożyrafa — niezrozumiale, a zarazem jakby zrozumiale wyjaśnił Korniej.

— Niebezpieczna dla człowieka? — rzeczowo zainteresował się Gag.

— Przecież ci powiedziałem, że tu nie ma nic, co mogłoby być niebezpieczne lub groźne…

— Rozumiem — tu nie. A tam?

Korniej przygryzł wargę.

— Tu — to jest właśnie tam — powiedział.

Ale Gag już go nie słyszał. Patrzył wstrząśnięty, jak piaszczystą ścieżką, bardzo blisko, tuż obok zebrożyrafy idzie człowiek. Zobaczył, jak zebrożyrafa skłania nieskończenie długą szyję — jakby opadał cętkowany szlaban — a człowiek, nie zatrzymując się, głaszcze grzywę zwierzaka i idzie dalej, mijając konstrukcję z wygiętego kolczastego metalu, tęczowe pióra wiszące w powietrzu i po kilku płaskich stopniach przez przezroczystą ścianę wchodzi na salę.

— Nawiasem mówiąc, on jest również z innej planety — powiedział półgłosem Korniej. — Wyleczono go tutaj i już niedługo powróci do siebie, do domu.

Gag przełknął ślinę, odprowadzając wzrokiem rekonwalescenta z innego świata. Rekonwalescent miał dziwne uszy. To znaczy, ściśle mówiąc, prawie nie miał uszu, a naga czaszka pokryta mnóstwem grzebieniastych narośli i guzów sprawiała nieprzyjemne wrażenie. Gag ponownie spojrzał na zebrożyrafę.

— Czy… — zaczął i umilkł.

— Tak?

— Proszę mi wybaczyć, Korniej… Ja myślałem… myślałem… że to wszystko… No, to wszystko tam za ścianą…

— Nie, to nie film — z odcieniem niecierpliwości w głosie powiedział Korniej. — I nie wybieg dla dzikich zwierząt. To wszystko jest prawdziwe i tak jest wszędzie. Chcesz ją pogłaskać? — zapytał nagle.

Gag zesztywniał.

— Rozkaz — powiedział ochryple.

— Ależ nie, jeżeli nie chcesz, to nie trzeba. Po prostu musisz zrozumieć…

Nagle urwał. Gag podniósł oczy. Korniej patrzył ponad jego głową, w głąb sali, skąd już znowu dobiegały głosy i śmiech, i jego twarz zmieniła się dziwnie i nieoczekiwanie. Pojawił się na niej nowy wyraz — mieszanina smutku, bólu i wyczekiwania. Gag już widywał takie twarze, ale nie zdążył przypomnieć sobie gdzie i kiedy. Odwrócił się.

Na przeciwnym końcu sali pod ścianą stała kobieta. Gag nawet nie przyjrzał się jej dokładnie — po sekundzie kobieta znikła. Ale była w czymś czerwonym, włosy miała czarne jak węgiel i jasne, zdaje się, niebieskie oczy na białej twarzy. Nieruchomy język czerwonego ognia na kremowym tle ściany. I od razu pustka. A Korniej powiedział spokojnie:

— No cóż, chodźmy…

Twarz jego była bez wyrazu, jakby nic się nie stało. Szli wzdłuż przezroczystej ściany i Korniej mówił:

— Zaraz znajdziemy się w innym miejscu. Znajdziemy się, rozumiesz? Nie pojedziemy, nie polecimy w inne miejsce, tylko właśnie znajdziemy się tam, zapamiętaj…

Za nimi głośno zaśmiało się kilka głosów. Uszy Gaga spurpurowiały, odwrócił głowę. Nie, śmiano się nie z niego. Nikt w ogóle na niego nie patrzył.

— Wchodź — powiedział Korniej.

Перейти на страницу:

Похожие книги