– Aj, bresze jak sobaka – skrzywił się Pawlak, bo nie w smak mu było to wypominanie. Wiedział dobrze, do czego Kargul pije: nie ożeniłby się Kaźmierz z Marynią, gdyby jej ojciec nie obiecał w wianie dać konia. Inną by wziął, tę, do której go serce ciągnęło. Ale serce Kaźmierz przydepnął, bo ważniejsze dla niego było mieć konia w stajni niż kochaną dziewczynę w łóżku. Dlatego wziął Marynię Dzięgielównę, a nie Kasię zza Żelaznej Góry. I to mu teraz Kargul przypomniał.

– Taż ty się właściwie z kobyłą ożenił, a nie z Marynią – basował Kargul, klepiąc Pawlaka po ramieniu.

– Tylko jakby tu wyszło stawać z kobyłą przed ołtarzem?

– A czyja tobie wypominki robię, że ty za Niemca jako bezlitosny bluźnierca Pana Boga na obrońcę swojego kabana brał?

– Nie Pana Boga, tylko Świętą Panienkę – bronił się Kargul, pragnąc obniżyć rangę swego bluźnierstwa. A było to tak: żeby ocalić jedyną świnię od kolczykowania, Kargul postanowił zabić ją przed przyjściem komisji. Naszykował narzędzia, ale Tadzio, postawiony na czatach przy mostku na strumieniu, przybiegł krzycząc z daleka, że „idą Mniemce, idzie żołnierz z nimi I Kargul wzniósł nad świniakiem siekierę do góry, ale zanim ją opuścił, kazał całej rodzinie śpiewać głośnym chórem jedyną pieśń, jaką wszyscy znali. I tak zabrzmiały słowa: „Nie opuszczaj nas, nie opuszczaj nas, nasza Panienko, nie zapomnij nas, Tyś obiecała, że na ziemi nie zostawisz nas samych…” Niosły się głosy Anieli, Jadźki, Hani i Tadzia, które miały zagłuszyć śmiertelny kwik świni. Przejęty Kargul nie potrafił zadać śmiertelnego ciosu. Świnia wyrwała mu się i z wbitą w kark siekierą pognała z rozpaczliwym kwikiem na podwórze. A wtedy pieśń wzniosła się z jeszcze większą mocą: „Płakać będziemy nad grzechami, serce obmyjemy łzami”. Przy tej frazie Kargul dopadł wreszcie swej ofiary i zadał jej ostateczny cios. Kwik ustał i równocześnie ustała pieśń… Tej scenie przyglądał się wówczas przez płot Kaźmierz Pawlak. Wystarczyłoby jedno jego słowo, by Kargul jako przestępca trafił do aresztu w Trembowli. Pawlak tylko jednej osobie powiedział o bluźnierstwie Kargula: zwrócił się do proboszcza, by ten kazał się nauczyć Kargulom jakichś świeckich pieśni, którymi w razie potrzeby mogliby zagłuszać nielegalny ubój.

– Ot tobie na – obruszył się teraz Kargul na to wypominane mu bluźnierstwo.

– Taż ja w tu poru patriotyczny czyn spełniał, bom kabana przed Niemcami ratował.

– A ja żem ciebie wtedy przed lagrem uratował – przypomniał mu Kaźmierz swoją rolę.

– Bo jak żandarm spytał, czyj to parsiuk tak kwiczał, tom powiedział, że mój. I przez to mi go zakolczykowali. Takim miał pożytek z twojego patriotyzmu!

– Za to teraz razem kiełbasę jemy z tego kabana, co ja jego ruskim na pożarcie nie zostawił.

– Wychodzi na to, że ty chytrzejszy był i od Hitlera, i od Stalina – przekornie szydził Pawlak z Kargulowego samochwalstwa.

– Tylko jak ty tak umiał politycznie myśleć, to dlaczego my musieli nasze ziemie rzucić, choć niby my wojnę wygrali?

– Nie wiesz, Kaźmierz? Żeb' my pokój zawarli… Amen – wyrzucił z siebie Pawlak, a łzy zakręciły mu się pod powiekami. I znów się objęli, jak rozbitkowie, co się odnajdują na bezludnej wyspie. Pili i mówili o wszystkim, o czym dotąd nie było im dane porozmawiać. Pierwszy raz miał Kargul okazję pokazać Pawlakowi bliznę po Jaśkowej kosie, a ten przeprosić go, że okazał się tak bezwzględny i zakazał użycia ufundowanej przez Jaśka trąby podczas pogrzebu Władkowego ojca.

– Dał Bóg, to i bez waszej trąby trafił tatulo do królestwa niebieskiego – westchnął Kargul.

– Może być, że spotkał się z Kacprem i oni pierwsi pokój tam zawarli? – zastanawiał się głośno nad życiem pozagrobowym Kaźmierz. I tak toczyła się ta rozmowa – od kobyły do życia wiecznego, od zabijania świni do politycznych skutków drugiej wojny światowej, od Hitlera i Stalina do „Mućki” i kobyły… A kiedy im już spirytus dobrze się zagotował w brzuchu, objęci ramionami zaczęli śpiewać piosenki „o Kaśce, „co to miała zeza i dobrze nie wiedziała, z kim się całowała, albo o „Marysi spod lasa, co długi warkocz miała i chętnie dawała to, na czym siedziała”… Słońce dawno już zaszło, a oni nie opuszczali klepiska stodoły. Kiedy wysuszyli dno konewki, Pawlak sięgnął do flaszek, których zawartość jeszcze rano wypełniała słoje z eksponatami.

– A skąd u ciebie takie zapasy? – dziwił się Kargul, licząc zatkane zwitkami z gałganka szyjki flaszek.

– Czego to człowiek z głodu nie wymyśli – filozoficzną uwagą chciał Pawlak zbyć ciekawość sąsiada. Dopiero kiedy ten uniósł flaszkę pod światło i dostrzegł w spirytusie pływający pazur – Kaźmierz zdobył się na szczerość.

– Może być, że to jaszczurczy.

– A skąd on wziął jaszczurkę w spirytusie?

Перейти на страницу:

Похожие книги