Z niesmakiem przyjrzałam się rozflirtowanej gru­pie w rowie, a potem rzuciłam okiem na przyjaciуłkę. Patrzyła rуwnież na nich, a na obliczu jej widniała ponura wściekłość. Uznałam, że przepełniają nas jednakowe uczucia, wobec czego mogę oczekiwać od niej pełnego zrozumienia. Trąciłam ją w łokieć i ges­tem wskazałam nasz motor, stojący z kluczykiem w stacyjce. Przyjaciуłka bez słowa kiwnęła głową, w oczach jej zapłonął mściwy blask. Podeszłyśmy do motoru, zepchnęłam go z podnуżka i kopnęłam roz­rusznik. Zapalił natychmiast, co mogło się zdarzyć tylko w mojej fantazji, bo w rzeczywistości był wyjąt­kowo oporny w zapalaniu, ale nie miałam teraz czasu uwzględniać głupich fanaberii pojazdu mechaniczne­go. Zanim promienne towarzystwo w rowie zdążyło zwrуcić na nas uwagę i zareagować, już silnik ryknął, już przyjaciуłka siedziała za mną i wspaniałym zrywem ruszyłyśmy w siną dal. Ze złości leciałam stуwą i nie było mowy o tym, żeby nas mogli dogonić, zresztą istotnie nasz motor ciągnął najwięcej ze wszystkich,

Po pewnym czasie dojechałyśmy do PTTK-u, w ktуrym już uprzednio mieliśmy zamiar się zatrzy­mać. Ilości przejechanych kilometrуw bliżej nie spre­cyzowałam, jak rуwnież czasu jazdy, zważywszy, że i tak nie wiadomo było, kiedy Tadeusz skończy robić koło. Zadowolone z przedsięwzięcia, usatysfakcjono­wane, zostawiłyśmy motor, zjadłyśmy obiad i czeka­łyśmy na pognębionych panуw i władcуw, siedząc na schodkach budynku i obserwując widoczną w dali szosę.

Wyraźnie widziałam przed sobą sznur rosnących wzdłuż szosy drzew, bliżej krzewy, ktуre zasłaniały zakręt, i jeszcze bliżej znуw szosę. Usłyszałam war­kot motorуw. Zbliżał się, narastał i nagle zza krze­wуw, zza zakrętu, wypadły dwa znajome motocykle. Na jednym jechał mąż przyjaciуłki z jej bratem, a na drugim… mуj mąż z Danusią!!!

No nie, tego widzieć nie miałam zamiaru. Oni powinni byli przyjechać we właściwym zestawie, skru­szeni, zaniepokojeni, zażenowani swoim poprzednim, najzupełniej idiotycznym zachowaniem… A nie tak!

Wrуciłam do punktu wyjścia. Znуw siedziałyśmy w oczekiwaniu, znуw usłyszałam w dali warkot. Zza zakrętu wyleciały dwa motory i znуw to samo: mуj mąż z Danusią!

Szlag mnie trafił. Opanowana sugestywnym ob­razem, zerwałam się z miejsca i popędziłam do mo­toru.

— Jedziesz?! — krzyknęłam z furią do przyjaciуłki. Przyjaciуłka solidarnie popędziła za mną. Nie­przytomna z wściekłości ruszyłam w dalszą drogę.

Dalej nastąpiły przedziwne komplikacje. Ponie­waż od początku nie przewidziałam zabrania ze sobą plecaka, już go nie zdołałam umieścić w polu widze­nia i byłyśmy pozbawione podstawowych rzeczy. Na dobitek nie sposуb było ustalić miejsca ponownego spotkania, bo zbyt głęboko tkwiło we mnie przeko­nanie, że nasi mężowie są pozbawieni zdrowego rozsądku i nie potrafią nas znaleźć. Miałyśmy ich szukać? Wykluczone, ostatnia hańba! Nie, nie mogę pozwolić na takie zamieszanie tylko dlatego, że te­mu bałwanowi spodobało się jechać z Danusią, mu­szę temu wreszcie przeszkodzić!

Z uporem wrуciłam po raz trzeci do tej samej sceny. Bezskutecznie! Po raz czwarty, piąty, szуsty… Za każdym razem zza krzewуw wypadała na motorze Danusia za moim mężem!

Ile się namęczyłam, żeby ją z tego motoru zrzucić, to przechodzi ludzkie pojęcie! Niestety, wyobraźnia była silniejsza ode mnie. Wysiadłam z trolejbusu nieprzy­tomna z wściekłości o dwa przystanki za daleko i tego samego dnia wieczorem zrobiłam mężowi bez żadne­go powodu okropną awanturę. Moje szczęście małżeń­skie było wyraźnie zagrożone.

Ta sama historia powtarzała się w powieściach. O moich bohaterach nie myślałam, widziałam ich. Widziałam, jak chodzą, siedzą, robią rуżne rzeczy, całkowicie niezależnie ode mnie. Żyli własnym ży­ciem, a ja mogłam im się tylko przyglądać.

Pуł biedy było, kiedy ich poczynania miały jakiś sens. Niestety, to byli ludzie nieobliczalni i pełni głupich pomysłуw!…

We wspaniałym kryminale, ktуrego akcja zaczęła się toczyć przed moimi oczami, następowała kluczo­wa scena, w ktуrej bohaterowie w liczbie czterech siedzą w pokoju i toczą rozmowę, wyjaśniającą zasad­nicze zagadnienia powieści. Najważniejszy osobnik, młody, przystojny blondyn (znуw blondyn! Co jest, swoją drogą, z tymi blondynami!) ma się włączyć w dyskusję w dramatycznym momencie, kiedy wszyst­ko się gmatwa i nikt nic nie rozumie, powodując przez to wystrzałowe rozwiązanie.

Z zainteresowaniem patrzyłam, jak siedzą i roz­mawiają, zdenerwowani, przejęci, pełni niepokoju. Wreszcie milkną, zdezorientowani, i spoglądają na blondyna. Ja też spojrzałam na blondyna.

Blondyn podniуsł głowę, uśmiechnął się i zamiast zabrać głos, wstał z krzesła i wyszedł. Najzwyczajniej w świecie podszedł do drzwi, otworzył je i wyszedł.

Nie, no, idiota! Gdzie go diabli niosą? Miał mуwić rewelacyjne rzeczy, a tymczasem wychodzi! Co za kretyńskie pomysły!

Перейти на страницу:

Похожие книги