- Unknown
- 18+
Historya o ¿o³nierzu który mia³ fajkê niewykurkê, kieskê z³otodajkê i wór samochwyt
Przez g³uch¹ puszczê szed³ biedny ¿o³nierz, który, oprócz kawa³ka chleba i sera, nic wiêcej nie posiada³.
W jego torbie by³ kubek do wody, pró¿na fajka, a w kieszeni ani grosza nie by³o.
Spieszy wiêc ¿o³nierz, aby jak najprêdzej wyjœæ z tej puszczy; lecz ¿e g³ód mu dokucza³ coraz bardziej, postanowi³ spocz¹æ nad czystym zdrojem, posiliæ siê i iœæ dalej.
Wtem zjawi³ siê staruszek ubogi i spostrzeg³szy ¿o³nierza, cichym doñ g³osem przemówi³:
— Zlituj siê panie nad ubogim starcem, daj choæ k¹sek chleba, bo g³odem wycieñczony dalej ju¿ iœæ nie mogê.
¯o³nierz spojrza³ na biednego starca ze wspó³czuciem, siêgn¹³ do torby, wyj¹³ ostatni kawa³ek chleba i sera, odda³ go starcowi i poszed³ dalej.
Nie d³ugo stan¹³ nad czystym zdrojem, nabra³ wody w kubek i wyszed³ na pole.
S³oñce przypieka³o, powietrze coraz duszniejszy siê stawa³o, a ¿o³nierz jak idzie, tak idzie.
Kiedy spragniony chcia³ siê napiæ z kubka wody, zjawi³ siê przed nim jakiœ staruszek i prosi choæ o kroplê wody, bo z pragnienia ju¿ dalej iœæ nie mo¿e.
Litoœciwy ¿o³nierz poda³ mu kube³, a staruszek wypi³ ca³¹ wodê, piêknie podziêkowa³ i orzeŸwiony, puœci³ siê w swoj¹ drogê.
¯o³nierz idzie dalej, g³ód mu dokucza, pragnienie pali, a nigdzie ani wioski, ani karczemki niema; spojrzy, a¿ tu przy drodze le¿y trzeci jakiœ staruszek tak nêdznie odziany, ¿e nasz ¿o³nierz, litoœci¹ zdjêty, wyjm¹ swój p³aszcz z mantelzaka i nie budz¹c staruszka, okry³ nieboraka.
Pod wieczór, o zachodzie s³oñca, ¿o³nierz zg³odzony, spragniony i drog¹ zmêczony, usiad³ pod krzy¿em, aby spo¿yæ trochê.
Wtem pod krzy¿em zjawiaj¹ siê trzej starcy, i pierwszy z nich rzecze:
— ¯o³nierzu litoœciwy! Tyœ mnie g³odnego ostatkiem chleba nakarmi³, powiedz mi, czego ci trzeba, a ³askawie nieba tem ciê obdaruj¹.
¯o³nierz siê zamyœli³, po chwili odpowiedzia³:
— Chcia³bym, staruszku, ¿eby mi nieba tak¹ kieskê da³y, abym z niej móg³ sam u¿ywaæ, potrzebuj¹cym dawaæ, a jednak, ¿eby zawsze pe³na by³a z³ota.
Starzec zgrubia³y da³ mu kieskê z³otodajkê i znikn¹³.
Drugi staruszek zapyta³ ¿o³nierza, czego by pragn¹³, a ¿o³nierz odpowiedzia³ mu w te s³owa:
— Chcia³bym, staruszku, ¿eby mi nieba tak¹ lulkê da³y, i¿bym ja sam pali³, innym udziela³, a jednak, ¿eby zawsze by³a pe³na tytuniu.
Staruszek poda³ mu fajkê niewykurkê i znikn¹³.
Nakoniec, skoro siê trzeci staruszek zapyta³, czegoby pragn¹³, ¿o³nierz po chwili namys³u odpowiedzia³:
— Chcia³bym staruszku, ¿eby mi niebo taki worek da³o, aby siê w nim wszytko, co tylko zapragnê, spieszenie pochowa³o!
— Oto masz czego ¿¹dasz — rzek³ mu trzeci staruszek, daj¹c mu worek samochwyt. — Jeœli go zechcesz u¿yæ, wymów te s³owa:
Worze, worze samochwycie,
Tutaj idzie o me ¿ycie.
Przez staruszka przyrzeczenie
Zmieñ siê dzisiaj na wiêzienie!
To rzek³szy, starzec znik³, a ¿o³nierz ukl¹k³, pacierz zmówi³, kieskê z³otodajkê do kieszeni schowa³, worek samochwyt wzi¹³ pod pachê, lulkê niewykurkê zapali³ i nuc¹c, droga do miasta poszed³.
Wchodzi wiêc do stolicy, gdzie trêbacze królewscy og³aszaj¹, ¿e król obiecuje temu wielkie skarby i urz¹d wojewody, ktoby siê podj¹³ wystraszyæ z zamku jego ogromn¹ moc szatanów.
¯o³nierz poszed³ tedy do króla, powiedzia³, ¿e siê podejmuje tej pracy i nied³ugo wszed³szy z latark¹ do ogromnej sali, usiad³ na ¿elaznem krzeœle.
O samej pó³nocy rozleg³ siê szmer po ca³ym zamku; otworzy³y siê drzwi na oœcie¿ i ukaza³ siê w nich szatan z rogami na g³owie, wywijaj¹c d³ugim ogonem.
— Czego tu chcesz? — zawo³a³ do ¿o³nierza — gadaj mi natychmiast, bo ci g³owê ukrêcê.
— Jestem wêdrowcem, — odpowiada ¿o³nierz, pal¹c lulkê — a o skrêcenie g³owy mniejsz¹, bylebym lulkê palic skoñczy³.
— Ano, dobrze, — odpowiedzia³ szatan — masz moje s³owo, ¿e przez wypaleniem lulki g³owy ci nie ukrêcê, ale a¿ebyœ d³ugo nie marudzi³, nie zwleka³, nie nudzi³, daj fajkê, ja za ciebie skoñczê.
Poda³ mu ¿o³nierz fajkê, a szatan zacz¹³ z ca³ej si³y dym w sobie wci¹gaæ — i przez krogulczy nos wypuszczaæ; k³êby dymu wal¹ siê œciel¹ ciemnym ob³okiem — jednak lulka niewykurka ledwie troszkê napoczêta.
W tem po zamku rozleg³ siê huk okropny i do sali wpad³o kilkudziesiêciu szatanów, aby pomódz lulkê wypaliæ, i jeden drugiemu wyrwa j¹ z ust kolejno, i pal¹ lulkê niewykurkê tak zawziêcie, ¿e dym k³êbami drzwiami i oknami na ulicê siê wali, a w lulkê nie tytoniu nie ubywa.
Tymczasem w mieœcie wszcz¹³ siê rozruch; na gwa³t w dzwony uderzono, stra¿ i lud zdala zamek otoczyli i czekaj¹, gdzie siê ogieñ poka¿e.
Widz¹c, ¿e rady lulce daæ nie mog¹, szatani rzekli do ¿o³nierza.
— Uwolnij nas od s³owa, a my ciê ¿ywego z zamku wypuœcimy.
— I bez waszej ³aski ¿ywym bêdê, a wy dajcie mi wpierw s³owo, ¿e ten zamek opuœcicie.
— Zamku opuszczaæ nie mo¿emy, gdy¿ pilnujemy tu skarbów, nagromadzonych z krzywd¹ ludzk¹ przez nieboszczyka króla, dusza jego za karê co noc do tych lochów przychodzi i wœród swych niegdyœ zbiorów musi wytrzymaæ zadawane mu przez nas katuszê, i dopóty mêczyæ go tam bêdziemy, dopóki kto tych skarbów nie odkryje i nie poda komu nale¿a³y.