Kiedy tak szatani mówili, ¿o³nierz wór otworzy³ i zawo³a³:
Worze, worze samochwycie,
Tutaj idzie o me ¿ycie.
Przez staruszka przyrzeczenie
Zmieni siê dzisiaj na wiêzienie!
Hej, szatani, marsz do wora!
I na sali jeden tylko ¿o³nierz zosta³, a ca³a zgraja rogatych szatanów jêczy w worze i o wypuszczenie b³aga.
Lecz ¿o³nierz, t³uk¹c worem o œciany, powiada:
— Nie wypuszczê was, póki zaklêtych skarbów z lochów nie pownosicie do tej sali.
— Tylko nas wypuœæ, a dajemy ci s³owo, ¿e skarby wnet w sali bêd¹.
¯o³nierz jednego z nich wypuœci³, a ten tak siê zwin¹³, ¿e w niepe³na pó³ godziny srebrem i z³otem sala nape³niona by³a.
Otworzy³ wiêc ¿o³nierz worek, a z niego æma nietoperzy z piskiem i wrzaskiem wylecia³a.
Na drugi dzieñ ¿o³nierz opowiedzia³ wszystko królowi, przyobiecanych pieniêdzy nie wzi¹³, ale je ubogim rozda³ prosiæ, za województwo tak¿e podziêkowa³ i dalej w œwiat powêdrowa³.
Idzie i idzie… mo¿e miesi¹c, mo¿e dwa, lulkê niewykurkê, gdy zechce pali, z kieski z³otodajki, ubogim dukaty rozdaje.
Pewnego razu wszed³ do innej stolicy, w której by³a wielka trwoga, bo owa stolica otoczon¹ zosta³a przez wroga, który zamierza³ w krótkim bardzo czasie zniszczyæ j¹ bez litoœci.
Strwo¿ony lud, król i królowa g³oœno utyskuj¹ i na œmieræ oczekuj¹.
Nasz ¿o³nierz, s³ysz¹c to i widz¹c, fajkê niewykurkê zapali³ i w milczeniu uda³ siê na warty.
Stan¹wszy na najwy¿szym wzgórzu, kieskê z³otodajkê wyj¹³ i zacz¹³ ni¹ sypaæ pieni¹dze.
Wojsko nieprzyjacielskie, jak tylko to spostrzeg³o, czemprêdzej siê pod wa³ zbieg³o i pod wa³em zbiera pieni¹dze z zapa³em. Tymczasem wór siê otworzy³, ¿o³nierz z cicha wymówi³ zaklête s³owa i wszystko wojsko maszeruje do niego, ze swoim wodzem na czele.
Uradowany lud stolicy rzuci³ siê na obóz nieprzyjacielski, pozabiera³ wszystkie konie, zbroje i zapasy ¿ywnoœci, pozabiera³ pieni¹dze, które przed chwil¹ wojsko nieprzyjaciela zbiera³o, a ¿o³nierz do króla idzie i na dziedziñcu zamkowym wojsko z wora potrochu wypuszcza.
Radoœæ ogólna zapanowa³a — ludnoœæ ca³a do zamku siê zebra³a, zbawcê sowicie obdarzyæ chcia³a, ale ¿o³nierz bogactw nie pragn¹³, wiêc nie przyj¹³ nic od nich, tylko, schowawszy swój worek cudowny, ruszy³ za bramê miasta.
Chodzi³ tak po œwiecie i chodzi³, a¿ po wielu latach zestarza³ siê, posiwia³, zachorowa³ i kiedy ju¿ czu³, ¿e œmieræ nad g³owa mu stanê³a, aby go z tego œwiata wyprawiæ, ¿o³nierz, ¿a³uj¹c ¿ycia, wyj¹³ z ukrycia wór samochwyt i rzek³:
Worze, worze samochwycie,
Tutaj idzie o me ¿ycie.
Wórze, wórze samo-chwyty,
Tutaj idzie o mnie ¿ycie.
Przez staruszka przyrzeczenie,
Zmieni siê dzisiaj na wiêzienie!
Hej¿e œmierci, marsz do wora!
Œmieræ, rada nierada, do wora wpada, a ¿o³nierz wyzdrowia³, lulkê niewykurkê zapali³ i znów siê puœci³ na wêdrówkê.
I minê³o od tego czasu mo¿e lat ze dwieœcie, na œwiecie nikt nie umar³, z czego powsta³ taki nie lad, ¿e ¿o³nierzowi ¿ycie obrzyd³o. Wiêc te¿ œmieræ z wora wypuœci³, a ona znêdznia³a, wyblad³a, czemprêdzej wypad³a i, chocia¿ innych trapi³a, od ¿o³nierza wci¹¿ stroni³a.
Widz¹c, ¿e umrzeæ nie mo¿e, puœci³ siê sam w drogê do nieba. Przybywszy przed niebieskie podwoje, nieœmia³o zapuka³…
— Kto tam? — œwiêty Piotr zapyta³.
— To ja, ¿o³nierz-wêdrowiec.
— Zawczeœnie przybywasz, czekaj, a¿ ciê œmieræ zabierze.
— Kiedy bo œmieræ odemnie ucieka, — odrzek³ ¿o³nierz — puœæ mnie, proszê ciê, œw. Piotrze.
Wiêcej mówiæ nie móg³, bo nagle b³ysnê³o, zagrzmia³o, ¿o³nierza coœ porwa³o i do wora wpakowa³o.
I odt¹d w kszta³cie bia³ej chmurki zawis³ w powietrzu i dot¹d wisieæ bêdzie, a¿ go Pan Przedwieczny wezwie na s¹d ostateczny!
Ku pamiêci mojego dziadka, Jewhena Borys³awskiego, który czyta³ tê ksi¹¿kê jako dziecko i opowiedzia³ j¹ mnie, gdy by³em ma³y, znalaz³em tê ksi¹¿kê w archiwum po tym, jak nauczy³em siê jêzyka polskiego, i prezentujê jej tekst.