potwór z myślodsiewni. Że Severus odszedł gdzieś daleko. I już nigdy nie powróci.

Przełknął gorycz w ustach i podniósł się wolno, podpierając się na drżących rękach i

kolanach.

Znowu ogarniał go chłód. Teraz, kiedy pozbył się wszystkiego, co w sobie tamował,

kiedy cały ból, żal, gorycz, kiedy to wszystko z niego wypłynęło... znowu pozostała

tylko pustka. Ale taka, której już nie dało się wypełnić. Zresztą... nawet nie było na to czasu. Już za kilka dni prawdopodobnie umrze. I zapomni o nim. Nareszcie.

Dokładnie tak, jak tego chciał...

Chwiejnie wstał z klęczek i, w ogóle nie podnosząc głowy, odwrócił się tyłem do

mężczyzny.

- Nie martw się - powiedział złamanym szeptem. - Zapomnę o tobie. - Nie usłyszał

odpowiedzi. Zresztą wcale się jej nie spodziewał. - Wracam do zamku. A ty... nie waż

się za mną iść. - Po tych słowach ruszył przed siebie niepewnym, chwiejnym

krokiem.

Nadmiar emocji pozbawił go resztek sił, które już wcześniej nadwątlił alkohol.

Próbował iść, ale jedynie się zataczał. Miał wrażenie, że od oderwania stopy od

podłoża do postawienia jej na nim z powrotem mijają całe wieki, a okolica wykonuje

w tym czasie kilka solidnych obrotów.

W końcu grawitacja zwyciężyła i Harry, nie wiedząc nawet kiedy i w jaki sposób,

runął w śnieg.

W pierwszej chwili nie wiedział nawet, co się stało. Otoczyło go tylko lodowate zimno.

Pamiętał je... pamiętał, jak cudownie go wypełniało, zamrażając ten tępy ból i

spychając go głęboko, bardzo głęboko...

Ale tym razem ktoś je powstrzymał. Silne ręce, które wyciągnęły go ze śniegu i

uniosły w górę, wyrywając go z objęć chłodu i zatapiając we własnych, ciepłych

objęciach. Jedna ręka wsunęła się pod jego kolana, a druga pod plecy i Harry, na

wpół świadomie, wtulił twarz w rozgrzaną szyję, obejmując ją ramionami.

Zioła. Czuł zapach ziół. I czegoś słodkiego. I gorzkiego. Wszystkiego, czym

pachniał... Severus.

Czuł, że jest gdzieś niesiony, ale nie mógł, a może i nie chciał otwierać oczu. Głowa

pulsowała mu boleśnie. Słyszał skrzypienie śniegu pod butami. A potem, chociaż

nawet nie wiedział w którym momencie, skrzypienie zamieniło się w stuk kroków na

posadzce. Zrobiło się cieplej. Ale on zamienił się jedynie w zmysł powonienia.

Zapach Severusa otulał go, kołysał. Wnikał w niego, rozgrzewając go o wiele

skuteczniej od jakiegokolwiek ognia.

Kroki zmieniły się. Teraz wydawało się, że wchodzą po schodach. Jeszcze mocniej

się w niego wtulił. Słyszał jego oddech. Wyczuwał pulsowanie krwi przepływającej tuż

pod skórą. Była tutaj taka ciepła i gładka. Pamiętał, jak ją całował, jak przyciskał

wargi do tego miejsca na szyi... ale dlaczego wydawało mu się, że to wszystko działo

się tysiąc lat temu?

Zatrzymali się. Usłyszał cichy szept i dźwięk przesuwającego się portretu. Zrobiło się

jeszcze cieplej. Gorąco.

Ręce opuściły go i położyły na czymś miękkim.

Nie! Nie chciał...

Ścisnął go desperacko, ale jego ramiona zostały oderwane. Opadł bezwładnie do

tyłu, poddając się zmęczeniu.

Zapach zniknął. Pozostała jedynie nieco zakurzona woń starych kanap i gobelinów.

Przez jakiś czas walczył z nieustannym wirowaniem w głowie i coraz bardziej

nieprzyjemnym uciskiem w żołądku. Kiedy w końcu zdołał otworzyć oczy, rozejrzał

się mętnym wzrokiem. Był sam w Pokoju Wspólnym Gryffindoru. I leżał na kanapie

przed kominkiem.

Skąd się tu wziął? Gdzie... gdzie się podział Snape? Czyżby... a więc to nie był sen?

Miał wrażenie, że zapach Snape'a, jego dotyk... że to mu się tylko przyśniło...

Sięgnął po schowaną w kieszeni Mapę Huncwotów. Rozłożył ją z pewnymi

trudnościami, a następnie spojrzał na komnaty Mistrza Eliksirów.

Dostrzegł go. Był w swoim gabinecie. Ale... - Harry bardziej przybliżył mapę,

ponieważ wydawało mu się, że źle widzi - ...ale oznaczająca go kropka poruszała się

jakoś dziwnie. Zamknął na chwilę oczy i otworzył je ponownie.

Nie. Kropka nadal wirowała mu przed oczami w dziwnych zygzakach.

To musiała być wina alkoholu.

Rozejrzał się po mapie. Jedynie w Pokoju Wspólnym Ślizgonów dostrzegł kilkoro

uczniów, którzy jeszcze nie spali, ale ze zdumieniem zdał sobie sprawę z tego, że

wszystkich pozostałych widział wyraźnie. To znaczy na tyle wyraźnie, na ile pozwalał

mu na to jego obecny stan.

Ponownie spojrzał na gabinet Snape'a. Oznaczająca go kropka nadal wirowała mu

przed oczami.

Odłożył mapę, a jego głowa opadła bezwładnie.

Prawdopodobnie jest po prostu zmęczony i za dużo wypił. Nic dziwnego, że ma

halucynacje.

Musi się przespać. Tak. Może jutro wszystko będzie wyglądać lepiej... Może wtedy

cokolwiek zrozumie...

Cokolwiek.

--- rozdział 61 ---

61. Preludium

Harry przetarł powieki i ponownie wbił spojrzenie w rozłożoną na kolanach mapę

Huncwotów. Oczy bolały go od gorączkowego wpatrywania się w nią przez ostatnie

trzy godziny w tym słabym świetle rzucanym przez kilka umocowanych na ścianach

korytarza pochodni. Nie chciał ryzykować używania Lumos, na wypadek gdyby

światło wydostało się spod peleryny niewidki. Zbyt wielu Ślizgonów kręciło się

korytarzami w lochach, a i tak niewiele brakowało, by pewien drugoroczniak wpadł na

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги