niego, kiedy przepychał się ze swym kolegą. Dlatego też miejsce na zimnej,
kamiennej posadzce pod ścianą korytarza zamienił na niewielką wnękę znajdującą
się może nieco dalej i w mniej oświetlonym miejscu, ale przynajmniej
bezpieczniejszą, skoro zamierzał tu spędzić kilka godzin, czekając na... no właśnie,
na co? Na jakąkolwiek okazję.
Ale wyglądało na to, że przynajmniej dzisiejszego wieczoru, Snape nie zamierza się
nigdzie ruszać ze swych komnat. Przez dwie i pół godziny siedział w gabinecie, a
następnie wstał i wszedł do salonu. Spędził w nim kolejne pół godziny, by później
przenieść się do łazienki i ostatecznie do... - Harry obserwował czarną kropkę, która
rozmywała mu się już przed oczami - ...no tak, do sypialni.
To by było na tyle, jeżeli chodzi o "jakąkolwiek okazję". Co prawda, mógłby
spróbować wśliznąć się do gabinetu po południu, kiedy Snape wracał z zajęć, ale
wątpił, by przygotowane przez niego zaklęcia wytrzymały dłużej niż piętnaście minut,
a podejrzewał, że gdyby znalazł się w środku, to musiałby spędzić tam znacznie
więcej czasu. Poza tym jak miałby wywabić Snape'a na zewnątrz na wystarczająco
długi czas, by mógł zdobyć to, po co tu przyszedł? I jak miałby przedostać się do
komnat? A jeżeli Snape odkryłby jego obecność?
Nie, nie mógł niepotrzebnie ryzykować. Pozostało mu siedzenie i czekanie na
"jakąkolwiek okazję". Gdyby chociaż jakiś uczeń przyszedł na szlaban... mógłby wtedy wśliznąć się do środka, kiedy będzie wychodził. Ale... no właśnie, dalej
pozostawał problem, co zrobić ze Snape'em? Mógłby jeszcze spróbować wśliznąć
się do gabinetu, gdyby Snape wychodził na obchód, ale po pierwsze - Harry nie miał
pojęcia, kiedy Snape ma dyżury, a po drugie - jak miałby przedostać się do komnat?
Był więcej niż pewien, że Snape zmienił hasło. Próba użycia jakiegokolwiek zaklęcia
otwierającego skończyłaby się zapewne uruchomieniem alarmu, a Snape był zbyt
potężnym czarodziejem, by komuś takiemu jak Harry udało się złamać jego
zabezpieczenia.
Westchnął ciężko, przymknął powieki i oparł głowę o zimne kamienie za sobą. Był
zmęczony. Zmęczony i zniechęcony. Jak w ogóle doszło do tego, że od kilku godzin
siedzi tutaj na tej lodowatej podłodze pod drzwiami gabinetu Snape'a? I to w środku
nocy. Czy naprawdę nie było innego sposobu?
Nie. Nie było.
Zrozumiał to dzisiejszego poranka. Kiedy tylko uniósł ciężkie niczym z kamienia
powieki, czując w ustach smak upodlenia i goryczy. Kiedy tylko uświadomił sobie, że
zostały mu trzy dni. Trzy dni, a on nie znalazł żadnego sposobu... niczego się nie
nauczył... nie miał żadnego planu... Trzy dni życia. Trzy dni... istnienia.
Poległ, zanim w ogóle rozpoczęła się bitwa. Poległ już z chwilą, kiedy rozsypał się
pod stopami Snape'a. Nie potrafił wygrać nawet ze sobą. Jak miałby pokonać
Voldemorta? To było... zbyt wiele... zbyt wiele jak na kogoś, kto ma tylko szesnaście
lat. Nie miał żadnych szans. Żadnych. Jak w ogóle mógł być na tyle głupi, by sądzić,
że uda mu się choćby drasnąć Voldemorta? I jeszcze wyjść z tego cało? Zdumiewała
go własna naiwność.
Nie pozostało mu już nic. Nic, poza tą jedną, jedyną drogą. Voldemort musi zginąć.
Musi zniknąć z powierzchni świata raz na zawsze. I był tylko jeden sposób, by tego
dokonać.
Wypić eliksir i wypełnić plan Snape'a.
Zginie. Wiedział, że zginie. Wiedział to, od samego początku. Po prostu próbował
znaleźć inne rozwiązanie, próbował sam siebie przekonać, że jest inny sposób, inna
droga. Ale nie było. Chciał przynajmniej mieć szansę. Choćby była niewielka, tak
maleńka, że sam nie potrafiłby jej dostrzec, ale gdyby ją miał... Najwyraźniej jednak
szanse to coś, co przytrafia się wyłącznie w książkach. W prawdziwym życiu istnieje
jedynie czysty przypadek i zimna, obojętna ostateczność, która nigdy nie wybiera,
kogo dosięgnie. Tylko to go czekało. Nic więcej.
Uniósł powieki i rozmytym wzrokiem spojrzał na drżące cienie, które tańczyły na
kamiennej ścianie po drugiej stronie korytarza.
Już niedługo pozostanie tylko tym. Tylko cieniem.
Westchnął głęboko i spojrzał na ciężkie, drewniane drzwi prowadzące do komnat
Mistrza Eliksirów.
Ale najpierw musi zdobyć eliksir.
***
Mam nadzieję, że kiedy czytacie ten list, Voldemorta już nie ma. Mam nadzieję, że
wszystko poszło zgodnie z planem i nareszcie będziecie mogli spać spokojnie,
wiedząc, że wojna się skończyła i że Voldemort już nigdy nie powróci.
Nie chcę, żebyście się obwiniali i smucili z mojego powodu. Moja śmierć była
konieczna. To był jedyny sposób, aby go pokonać. Po prostu chciałem, żebyście w
końcu mogli czuć się bezpiecznie. Przepraszam, że nic Wam nie powiedziałem, ale
gdybym to zrobił, próbowalibyście mnie powstrzymać.
Przepraszam też, że ostatnio zachowywałem się jak kompletny palant i że Was
odpychałem.
Ron - przepraszam, że przez ostatnie pół roku nie byłem dla ciebie takim
przyjacielem, jakiego byś chciał. Takim jak dawniej. Wiem, że zawsze byliśmy
nierozłączni, ale w moim życiu zaszły pewne zmiany, których wiem, że nigdy byś nie
zrozumiał i dlatego nie mogłem ci o nich powiedzieć. Dlatego się odsunąłem. Ale