Przez wartownię przeszedłem ubrany w górniczą tiełogrejkę, a twarz ukryłem w ogromnej uszance z reniferowej skóry. Potem juz nikt mnie nie pytał o przepustkę czy legitymację, a nawet ktoś uprzejmie wskazał, gdzie jest sala zebrań. Była to standardowa sala z gipsowym Leninem, z transparentami o zwycięstwie komunizmu i stołem prezydialnym pokrytym czerwonym płótnem.

Sala mieściła około trzystu osób. Było pełno. Atmosfera zaciekawienia, ale i pewnego niepokoju: doświadczenie nauczyło tych ludzi, że z władzą zaczynać to nie żarty. Z drugiej strony, w Moskwie ogłosili, że jest nowe myślenie, więc może coś się zmieni.

Od początku zebrania — zamieszanie, tumult, bałagan. Kto ma zebranie prowadzić? Kto ma prawo udzielania innym głosu? Kto ma prawo decydować, że najpierw będzie mówić ten wysoki, a dopiero później ten niski, czy że najpierw ten z końca sali, a dopiero później ta z lewej strony, która od dawna przecież domaga się głosu? I w ogóle — jaki jest cel naszego zebrania? Zebraliśmy się — i co? Ogłosiliśmy strajk — i co?

Od razu rzucał się w oczy brak przywódców. Coraz to ktoś próbował tym zgromadzeniem pokierować. Kozłów! Niech Kozłów prowadzi! Kozłów zbiera myśli, kręci się, duka. Nie może zdecydować się, komu dać pierwszeństwo głosu — temu, który pyta, kiedy wstawią szyby w magazynie nr 5, czy temu, który wykrzykuje na całą salę pytanie, kiedy zostaną opublikowane wszystkie tomy Lenina? Pietrow!, wołają niezadowoleni z Kozłowa. Dawajcie Piętrowa! Ale i Pietrow duka. Pietrow też się poci, też nie wie, co zrobić z napierającą salą.

W końcu jednak znajduje się wyjście. I oczywiście — wiadomo, jakie wyjście. Oczywiście — pojawia się dyrekcja. Kilku dyrektorów wchodzi na salę, na której strajkujący zdążyli już rozpiąć dwa hasła: Precz z biurokracją! Precz z Partokracją! (właśnie tak — małe b, a duże P). Konsterncja wśród strajkujących, ale nie wśród dyrektorów. Dyrektorzy bowiem uśmiechają się ironicznie, jakby chcieli powiedzieć — ano właśnie! precz, precz z nami, a bez nas ani kroku zrobić nie potraficie!

I cóż tu dużo mówić — dyrektorzy mają rację. Nigdzie tak dobrze nie widać podziału społeczeństwa na klasę rządzących i rządzonych jak tutaj. Podział ten zresztą trwa co najmniej od czasów Piotra Wielkiego. Zmieniają się tylko nazwy klas, ale relacja zależności, asymetrii i poddaństwa między nimi pozostaje ta sama. Ot, taka prosta, zdawałoby się, rzecz — wiedza o tym, jak zorganizować i przeprowadzić zebranie — jest już zmonopolizowana przez klasę panującą. I rzeczywiście, po wejściu na salę Naczelny Dyrektor staje za stołem prezydialnym z taką swobodą ruchów i taką władczą pewnością siebie, z jaką Richard Strauss czy Arturo Toscanini stawali za pulpitem dyrygenckim.

Sala cichnie.

Kto prosi o głos?, pyta spokojnie Dyrektor. Podnosi się kilka rąk. Dyrektor ustala kolejność, a kogoś, kto próbuje się wyrwać przed innych, karci i usadza jednym spojrzeniem. Ale przede wszystkim sam zabiera głos.

Zebranie trwa już pięć godzin, mówi, do czego doszliście?

Głosy z sali: Ano, do niczego.

A właśnie, niby to martwi się Dyrektor, właśnie — do niczego. A ja załatwiłem sprawę kopalni. Tak, załatwiłem! Wczoraj wróciłem z Moskwy (tu powiedzieć, że było się w Moskwie, od razu podnosi człowieka o kilka oczek w hierarchii).

Zawiesza głos, wpatruje się w znieruchomiałą salę i po chwili mówi z patosem: Będziemy my, my sami, bez żadnego pośrednictwa Moskwy, eksportować nasz węgiel do Anglii i Ameryki! My, prosto z „Wargaszowskiej”!

Na sali ożywienie, tumult, radość. Co to znaczy — do Ameryki? To znaczy — że dolary! A co to znaczy — dolary? To znaczy wszystko, dosłownie wszystko!

Widzę, jak tych biednych, zmarzniętych ludzi, ludzi, którzy tygodniami nie oglądają światła dziennego, ten człowiek, który wczoraj wrócił z Moskwy, zwodzi i nabiera. Widzę, ale nic nie mogę na to poradzić, nie mogę wstać i zawołać: ludzie, nie wierzcie mu! Nie mogę choćby dlatego, żeby nie odbierać im tej odrobiny ciepła, jaka kryje się w myśli, że „Wargaszowska” będzie eksportować węgiel do Anglii i Ameryki.

Po uchwaleniu, że kończą strajk, Michaił zawiózł mnie zdezelowanym, ale chyżym moskwiczem do miasta, do hotelu. Jest to trzydzieści kilometrów drogi, pokrytej grubym i gładkim lodem. Michaił pędził z szybkością stu kilometrów na godzinę. Jechaliśmy i żyliśmy do pierwszego kamienia, jaki mógł sterczeć przed nami. Na tej drodze przy tej szybkości kamień oznaczał śmierć. Patrząc przed siebie myślałem: aha, więc tak wygląda twój ostatni obraz świata — ta ciemność, te światła reflektorów i ta podnosząca się przed nami błyszcząca klinga lodowatej drogi, która za moment potnie nas na kawałki.

Przyjechałem do Workuty, żeby zobaczyć strajk, ale przyjechałem też, żeby odbyć pielgrzymkę. Bo Workuta jest miejscem męczeństwa, jest miejscem świętym.

Перейти на страницу:

Похожие книги