Sytuacja zrobiła się komiczna. A przecież noc, uroczysta jak tyle innych nocy spędzonych tam, w pracowni, pozostała smutna.
Nie, jak zawsze było dużo alkoholu, dużo muzyki (śpiewak jazzowy już-już zamierzał wyszeptać każdemu do ucha jakąś tajemnicę i wciąż odwlekał te swoje zwierzenia), dużo ciał, w większości młodych, gotowych kochać się bez ograniczeń, a raczej po to, by drwić z ograniczeń.
Z opóźnieniem sześcio-, może siedmioletnim Maj 68 dotarł aż do Rosji, aż na ten długi strych przerobiony na pracownię, na wpół pokątną, na dalekich przedmieściach Leningradu.
Pła-niet-a – Niet!, skandował autor wiersza, a zza nieukończonych płócien odpowiadały mu krzyki narastającego orgazmu. Owo niet tłamsiło rozwój talentów, ekspresję wolności, miłość bez hamulców, podróże zagraniczne, krótko mówiąc – wszystko. Jedynie ten strych szybował, rzucając wyzwanie prawom grawitacji.
Była to atmosfera dość typowa dla tego rodzaju zgromadzeń artystów, mniej lub bardziej dysydenckich. Od Kijowa po Władywostok, od Leningradu do Tbilisi poglądy, obawy i nadzieje kształtowały się mniej więcej tak samo. Zazwyczaj naszym spotkaniom towarzyszyła radość, jakiej dostarcza poczucie tajności i wywrotowości, zwłaszcza kiedy człowiek jest młody. A to, czego nie dało się oddać wierszem ani pędzlem, wyrażaliśmy poprzez te niezobowiązujące orgazmy. Planeta Niet oraz jęki, które znów rozbrzmiewały w najlepsze za obrazami.
Tym razem jednak wesołość zdawała się wymuszona. Nawet obecność amerykańskiego dziennikarza niczego nie zmieniała. A było to przecież dla nas wszystkich wielkie wydarzenie: siedział w fotelu, na środku sali, a ze względu na gorliwość, z jaką mu nadskakiwano, można by go wziąć za prezydenta Stanów Zjednoczonych. Ale wieczór jakoś się nie kleił.
Łatwo dałoby się wyjaśnić to załamanie nastroju moją zazdrością. Zaledwie przed tygodniem dziewczyna, która wydawała jęki za obrazami, spała jeszcze w moich ramionach. Znałem jej głos podczas uprawiania miłości i teraz rozróżniałem jego brzmienie w miłosnym duecie. Musiałem to znosić bez mrugnięcia okiem. Nie miałem prawa do zazdrości. Poczucie seksualnej własności – toż to szczyt drobnomieszczańskiego absurdu! Pić, palić, mrużąc powieki (jak w filmach Godarda), upajać się lekturą wiersza, a kiedy kobieta wyłoni się spomiędzy płócien, rzucić jedynie okiem w jej stronę i zaproponować kieliszeczek… Przypomniałem sobie, jak we śnie unosiła czasem brwi, jakby pytała: „Po co to wszystko?”. Miała wtedy taką niewinną, dziecinną buzię… Nie wolno tego rozpamiętywać!
Prawdę mówiąc, wszyscy czuliśmy, że tej nocy nie ma atmosfery. Może właśnie z powodu amerykańskiego dziennikarza. Zbyt gruba ryba jak na tę nędzną pracownię, wizyta nadto upragniona. W naszych oczach był niczym najwyższe wcielenie wymarzonego Zachodu, słuchał, patrzył, a każdy z nas miał wrażenie, że przenosi się poza żelazną kurtynę. Dzięki niemu recytowane strofy zdawały się już wydane w Londynie albo w Nowym Jorku, a nieukończone płótno zamówione przez paryską galerię. Inscenizowaliśmy dla niego dramat artystycznej dysydencji i nawet jęki rozkoszy za sztalugami przeznaczone były dla niego osobiście.
W sumie wszystkich nas po prostu przyćmił. Zamierzałem mówić o mojej podróży do Tallina. W tamtym okresie kraje nadbałtyckie stanowiły dla nas przedsionek Zachodu. Arkady Gorin, drobny brunet siedzący na starym pudełku po farbach, opowiadałby o swoim rychłym wyjeździe do Izraela, który miał wreszcie nastąpić po sześciu latach odmowy wydania paszportu. Ale zjawił się Amerykanin i nasze opowieści automatycznie zbladły, zestawione z leniwym ruchem jego szczęki, kiedy wymawiał takie nazwy, jak Filadelfia, Boston, Greenwich Village…
Nawet wiersz, w którym breżniewowski Kreml porównany został do zoo prehistorycznych zwierząt, nie odniósł spodziewanego sukcesu. Byliśmy miernymi aktorzynami odgrywającymi dla niego Zachód, a on, reżyser (prawdziwy Stanisławski!), oceniał nas, gotów wydać ów słynny i potworny werdykt: „Nie wierzę w to!”. I należałby się nam, tamtej nocy byliśmy mało wiarygodni jako ludzie Zachodu.
Zbyt niecierpliwi. Wydawało się, że żelazna kurtyna musi trwać w nieskończoność. Oderwanie naszego kraju od reszty świata sprawiało wrażenie nienaruszalnego prawa natury. Nasza młodość była ledwie sekundą, pyłkiem wobec tego odwiecznego królestwa. Nie mogliśmy już dłużej czekać.