W tym momencie odniosłem wrażenie, że przeżywam dokładnie to, co od dawna chciałem zapisać: szczypiącą kwaśność śniegu, starą kamienicę w nocnym mieście na wybrzeżu Bałtyku, ten strych, absolutną samotność młodzieńca, którym byłem, bliskość głosów tak znajomych i obcych zarazem, gwałtowne rozproszenie na zimnie mojej, zdawałoby się, miłości do kobiety, która – w tym właśnie momencie – otwierała się na pieszczoty innego, całkowitą błahość tego cielesnego zespolenia, a przecież ważkość nie do zmazania, śmieszną wręcz przelotność naszej obecności w miastach, w życiu drugiego człowieka, w całej tej pustce.
Coś nie pozwalało mi wyrazić tego tak, jak bym chciał. „Reżim!”, mówiliśmy podczas naszych potajemnych nocnych spotkań. Planeta Niet. Słuchając innych, sam w końcu w to uwierzyłem. Kremlowskie zoo przytępiało rzeźbiarskie dłuto, odbarwiało obrazy, krępowało rymy. Cenzura, jedność myśli, dyktat ideologiczny, powtarzaliśmy. I tak było rzeczywiście.
A jednak tej nocy, stojąc przed lukarną o pękniętej szybie, zacząłem w to wątpić. Bo przecież żadna cenzura nie zabraniała mi wysłowić tego delikatnego śnieżnego pyłu, samotności, trzeciej nad ranem w ciemnościach śpiącego miasta na wybrzeżu Bałtyku. Planeta Niet wydała mi się nagle zbyt łatwym argumentem. Uskarżać się na reżim, nic nie pisać albo pisać wyłącznie po to, by się uskarżać. Wyczuwałem w tym błędne koło dysydenckiej literatury.
Do głowy mi nawet nie przyszło (jak zresztą nikomu spośród bywalców Wigwamu), że dziesięć lat później Planeta Niet zacznie pękać, a piętnaście lat później całkiem trzaśnie, tracąc swych sprzymierzeńców, swych wasali, swe granice, swoją nazwę wreszcie. I że każdy będzie mógł pisać, co tylko zechce, bez obawy przed cenzurą. Będzie mógł sterczeć na strychu, pod strzaskaną szybą lukarny, w uśpionym nocnym mieście, czuć śnieżny pył na rozgrzanej winem twarzy i dumać o naszej przelotnej obecności w życiu drugiego człowieka…
Lecz w owej przyszłości równie trudno jak przedtem będzie poecie wyrazić sprawy tak proste, jak miłość do kobiety, która już nie kocha, śnieg marcową nocą, obłoczek oddechu, który rozwiewa się na zimnie i każe nam myśleć: „moje życie”, ta lekka mgiełka lęku i nadziei.
Za piętnaście lat reżim przestanie istnieć, lecz strofy wcale nie zaczną powstawać z większą łatwością ani też wiersze nie będą bardziej czytane. Żaden amerykański dziennikarz nie zechce słuchać deklamacji podpitych poetów, a śmiałkom przestanie zagrażać jakiekolwiek niebezpieczeństwo. I nawet miłosne jęki dobiegające zza nieukończonych płócien stracą ten swój miauczący i prowokacyjny smaczek.
Podczas tej nocy ostatnich mrozów pojąłem, jak mi się zdawało, przykry paradoks twórczości w reżimie totalitarnym. „Dyktatura często sprzyja tragicznemu powstawaniu arcydzieł…”.
– Wiesz, kiedy w polu widzenia nie ma wieży strażniczej ani szubienicy, poeta nabiera burżujskich nawyków… – To oznajmił Arkady Gorin. Z butelką wódki w dłoni dołączył do mnie w kuchni i – jak to często się zdarza pijanym – mieliśmy wrażenie, że mówimy jednym głosem, odgadujemy nawzajem nasze myśli, przekazujemy je sobie telepatycznie dzięki temu porannemu szklistookiemu upojeniu. – Na Zachodzie dopadnie mnie poetycka impotencja, zobaczysz… – dodał z tragikomicznym westchnieniem.
– A oni co tam robią? – zapytałem, przerywając mu w pół słowa.
Mógłby zrozumieć: tam, na Zachodzie. Ale dzięki alkoholowi wiedział, że chodzi mi o ludzi, których zostawiliśmy w pomieszczeniu obok.
– Szutow czyta drugą część Kremlowskiego zoo, ale nikt go nie słucha, bo twoja przyjaciółka znowu się pieprzy za sztuką niefiguratywną. Z Amerykaninem. Używa prezerwatywy w ładnym jasnoniebieskim kolorze. Słyszałem, że na Zachodzie mają też prezerwatywy o zapachu, a nawet smaku owoców. Nie wiem, czy nasz Amerykanin… Wybacz, nie chciałem ci… Chcesz, żebym rozwalił flaszkę na głowie tego obleśnego imperialistycznego rekina? No cóż… Wynośmy się stąd. – Już na ulicy dodał:
– Pojutrze będę w Wiedniu, ale widzisz, wiem, że będzie mi brakować tego śniegu wirującego wokół latarni, tych brudnych ulic i tych klatek schodowych cuchnących kocimi szczynami. – Zaczął nagle krzyczeć, wymachując rękami i zadzierając głowę: – Jestem szczęśliwy! Zmiatam stąd! Wyprowadzam się z tego zasranego kraju, zamieszkam na Zachodzie! W moich smukłych palcach intelektualisty będą szeleścić banknoty, banknoty zieleńsze niż drzewo życia… Jestem wolny! Nienawidzę niewolników, którzy tkwią tutaj!