Sam jeden stoję w rzeczułce źródlanoczystej i pod wysokim niebem końca lata. Jeszcze nie odlatują żurawie i dzikie gęsi, ale już szarzeją łęgi i pustoszeją pola. Moje bose stopy zanosi piaskiem bystry nurt, pobłyskujący srebrem pod stromizną, w której gnieżdżą się pliszki. Na bezkres ściernisk wypuszczono owce i krowy bez pastucha, a w kurzawie przystodoli buczą młockarnie. I donośnie gwałtują na targowisku w miasteczku, za chatami w sadkach, w których złocą się grusze, niczym osypane miedziakami dla niezwyczajności jakowejś, oraz dziecięco jakoś tak rumienią się zimowe jabłuszka. W ogrodach w dolinkach uwijają się gosposie, widzi się też panny (zdradzają się ze swym panieństwem niecierpliwym zachowaniem)...
Samotnie stać wobec wszystkiego i wszystkich w porze gasnącego lata, przed sycącą jesienią. Oracz to pojmie! Jeśli prawdą jest, że bez zadowolenia nie bywa piękna, więc ja wiem, dlaczego upodobałem szron październikowy i wczesny zmierzch, szeleszczące listowie i wietrzne przeciągi w zaułku, dzwoniące krople deszczu na szybach i skrzypienie wrót... Tajemniczość podwórca śród nocy. Ciepło pościeli w dżdżystą odwieczerz, sen o świmobiciu (zapach osmalonego słomianym ogniem wieprza w zbliżające się Boże Narodzenie).
* * *
... Na przedmieściu dobrze się mieszka, przytulnie. Dnie mijają bez poczucia jakiegoś znaczenia ich. Na przedwiośniu, kiedy raniuteńko chrzęści pod stopami topniejący za dnia śnieg, tuż po nocnym przymrozku, śpieszysz się do swej szklarni w ogródku, by zasiać w niej wczesne ogórki. Następnie karmisz kurze nioski. O późnym wschodzie słońca zasiadasz z żoną i dzieciakami do śniadania (uczniakom pilno do szkoły). Po czym lokujesz się za kierownicą swego zdezelowanego auta, które stawiasz na noc pod oknem od strony wjazdu, i — dzięki niemu — punktualnie odbębnisz dzień na państwowej pracy, zapewniającej ci chleb (w gruncie rzeczy mając ją głęboko gdzieś).
Co pewien czas jakieś łobuzy dopadną dziewczynę w okolicy albo — przyjezdni złodzieje — obrobią dom sąsiada; zdarzają się także zabójstwa (zeszłego roku zadźgano ogrodnika). Z nastaniem zmierzchu nie trzeba wysuwać nosa na ulicę, a gdy wyprawiasz chrzciny lub spraszasz krewniaków na bożonarodzeniowe balowanie albo na inną okazję, goście niechaj zanocują w twym domu (masz przecież tych pokoi!).
... Niczym jarzenie się tajemniczego skarbu migotał w oddali Długi Wyhon, na świętego Jura, kiedy babcia szła ze mną zobaczyć runiejące pola. Znak to dobry, gdy z zieleniejącej gładzizny wkoło wysterczają ledwie główki siadających wron: będzie urodzaj i chleb. Lecz nic tak nie utkwiło w mej pamięci z tamtej wiosny, jak owo migotanie rozlewiska, jak gdyby samo słońce nurzało się między oczeretami, bryzgając niepohamowanie na wszystkie strony i przepłaszając zlatujące się z ciepłych krajów ptaki. Zapragnąłem pobiec bez opamiętania w tę grzęzawę, przyczaic się za kopiastą łoziną, by napatrzeć się z bliska na owe igraszki (starsi ode mnie kawalerowie tak podglądali dziewczyniska na sadzawkach dworskich).
Prawdopodobnie zawsze jest tak, że co piękne z daleka, nie musi być nim z bliska. Ta, przyciągająca mnie, toń wodna okazała się rozległym bajorem z kijankami...
Na skraju ojcowskiego poletka rozścielałem z babcią płachtę, by przysiąść i coś zjeść. Wyłożyliśmy na bielutki ręcznik parę gotowanych na twardo jaj, kilka kromek z bochna domowego wypieku, i ostrożnie ustawiliśmy śliczny mały dzbanek z zsiadłym mlekiem (starannie obwiązany płócienkiem). Znalazła się także szczypta soli.
Pomarła babcia w tamte pamiętane moje dzieciństwo, niespiesznie i jakoś uroczyście bardzo. Wkrótce po jej odejściu z tego świata ludziska zaczęli porzucać sierpy, przerzucili się na kosy, a niebawem na różne maszyny, i uwzięli się bogacić, i tracić rozum. Ja tymczasem wydoroślałem, pokończyłem szkoły i hałaśliwie naprawiałem cały świat, łącznie z Białorusią, aby w końcu zestarzeć się i pomyśleć wreszcie o tym, co mówiła mi moja niepiśmienna babuleńka...
Pogrzebałem ją ongiś, niczym tysiącletni los plemienia, i pokręciwszy się w życiu, sam już dzisiaj nie wiem, jak mam dalej postępować. Idą nowe czasy, ale jakieś takie nieszczere, codzień inna prawda obowiązuje. I rodzice moi tak samo kiedyś byli tracili orientację.
Глыбокай восенню / Późna jesień
Глыбокай восенню
Любіў i люблю я дождж глыбокай восенню, халодны ды працяглы. За сцяною чуваць, як, сцякаючы з даху, струменьчыкі вады распырскваюцца на вымытых з зямлі каменьчыках ды кавалачках чарапіцы, што ў крапіве ля падрубы... Хтосьці спяшаецца па вуліцы, топчучы цяжкімі нагамі гнілое лісце.
Каля дзевятай гадзіны гаснуць агні ў вокнах, стары насценны гадзіннік звоніць сіпла. Па бруку пагрукатала запозненая фурманка на колах з жалезнымі абручамі, поўная мокрадзі, прастуджаная.
Як добра ляжаць у пасцелі, адчуваць цеплыню коўдры, сухой ды мяккай, засынаць моцным сном, які магчымы толькі ў халодную ды дажджлівую пагоду.
Сіпла звоніць гадзіннік...