— Ale ta miłość, uważa pani, nie jest podstawą mego życia, tak?
— Właśnie. Jest pan prawdziwym bohaterem, a więc nie ogranicza się pan do jednego czynu. Z tej swojej miłości boi się pan uronić bodaj kroplę na Ziemię, aby zachować ją w całości dla kosmosu. Też w imię Ziemi.
— Vedo, w Czasach Ciemnoty spalono by panią na stosie!
— Mówiono mi już o tym… Oto skrzyżowanie. Gdzie pana obuwie?
— Zostawiłem w ogrodzie, kiedy szedłem, żeby panią spotkać. Wrócę po nie.
— Do widzenia. Moja rola skończona, a teraz na pana kolej. Gdzie się spotkamy? Czy dopiero przed odlotem pańskiego statku?
— Nie, nie, Vedo! Razem z Niza udajemy się do polarnego sanatorium na trzy miesiące. Proszę przyjechać do nas i przywieźć Dara Wiatra.
— Które to sanatorium? „Kamienne Serce” na wybrzeżu północnosyberyjskim czy też „Jesienne Liście” w Islandii?
— Już jest za późno, żeby jechać na Północ. Skierowano nas na półkulę południową, do „Białej Zorzy” na Ziemi Grahama.
— Zgoda. Jeżeli Dar Wiatr od razu nie wyruszy na odbudowę Satelity 57. Chyba najpierw muszą przygotować materiały…
— Cóż z niego za człowiek Ziemi, jeśli prawie rok będzie tkwił w niebie!
— Och, bez przycinków! W porównaniu z pańskimi fantastycznymi przestrzeniami, które nas rozdzieliły, jest to bardzo bliskie niebo.
— Pani żałuje, Vedo?
— Po co pan pyta? W każdym z nas tkwią dwie istoty: jedna wyrywa się do czegoś nowego, druga strzeże dawnego i rada by przy nim zostać. Wie pan sam, że przez powrót nigdy się nie osiąga celu.
— Ale żal pozostaje… jak wieniec na drogim grobie. Droga Vedo, proszę mnie pocałować!…
Młoda kobieta spełniła posłusznie prośbę astronauty, następnie odepchnęła go z lekka i poszła szybko w kierunku linii elektrobusowej. Erg Noor odprowadzał ją wzrokiem aż do chwili, gdy robot — kierowca zatrzymał wóz, w którego wnętrzu znikła jej czerwona suknia.
Veda także patrzyła na stojącego bez ruchu Erga Noora. W jej pamięci brzmiał natrętnie wiersz dawnego poety znany obecnie w postaci popularnej piosenki. Dar Wiatr zacytował go niegdyś Vedzie w odpowiedzi na jej czuły wyrzut:
Było to wyzwanie rzucone siłom przyrody przez dawnego mężczyznę, który bez walki nie chciał oddać losowi ukochanej.
Elektrobus zbliżał się do odgałęzienia Drogi Spiralnej, a Veda wciąż jeszcze stała przy oknie, oparta o polerowaną poręcz, i nuciła przepojoną głębokim smutkiem piosenkę.
„Anioły — tak w dawnych czasach religijni Europejczycy nazywali wyimaginowane duchy nieba, zwiastuny woli bóstw. Anioł oznacza w języku starogreckim zwiastuna. Słowo zapomniane od wielu wieków…”
Na stacji Veda otrząsnęła się ze swych myśli, ale niebawem znów do nich powróciła.
— Zwiastuny nieba, kosmosu, tak by można nazwać Erga Noora, Mvena Masa i Dara Wiatra. Zwłaszcza Dara Wiatra, kiedy się znajdzie na bliskim, ziemskim niebie przy budowie satelity… — Veda uśmiechnęła się. — Ale w takim razie duchy głębin to my, historycy — powiedziała głośno i wsłuchana w brzmienie własnego głosu roześmiała się wesoło. — Tak, właśnie anioły nieba i duchy głębin! Czy się to tylko spodoba Darowi Wiatrowi?…
Niskie limby o czarnym igliwiu — odporna na zimno forma otrzymana drogą kultywacji specjalnie dla okolic Subantarktyki — uroczyście szumiały pod naporem nie słabnącego wiatru. Zimne powietrze płynęło bystrą rzeką niosąc z sobą niezwykłą świeżość, właściwą otwartym oceanom i wysokim górom. W górach w zetknięciu z wiecznym śniegiem upalny wiatr ma smak musującego wina. Tu oddech oceanu czuło się niemal dotykalnie, jako opływający ciało wiew wilgoci.
Budynki sanatorium „Biała Zorza” schodziły ku morzu stopniami szklanych ścian, przypominając swoimi zaokrąglonymi kształtami ogromne okręty dalekiej przeszłości. Bladomalinowe zabarwienie przestrzeni między oknami, klatkami schodowymi, i pionowymi kolumnami we dnie kontrastowo odbijało się od kopulastych mas czekoladowo-liliowych skał andezytowych poprzecinanych niebieskawo-szarymi ścieżkami, pokrytymi stopem syjenitu. Obecnie jednak noc podbiegunowego przedwiośnia stonowała wszystkie barwy swym specyficznym, białawym światłem, sączącym się jednocześnie z głębi nieba i morza. Słońce skryło się za płaskowzgórzem. Monumentalna zorza rozprzestrzeniała się na całą południową stronę. Był to odblask potężnych lodów kontynentu antarktycznego, lodów, które się zachowały na wysokim garbie jego połowy wschodniej, dokąd je usunęła wola ludzka, pozostawiając zaledwie jedną czwartą dawnej tarczy lodowcowej. Biała zorza lodowa, od której wzięło nazwę sanatorium, zmieniła wszystko w widmowy świat lekkiej światłości bez cieni i refleksów.
Czworo ludzi szło wolno w kierunku oceanu, stąpając po lśniącej srebrzyście ścieżce. Twarze mężczyzn idących w tyle robiły wrażenie rzeźb wykutych w szarym granicie, oczy kobiet przybrały zagadkową głębię.