Dar Wiatr przesunął dźwignię i przycisnął guzik. Pokój zalało jaskrawe światło. Kryształowa szyba okienna stanowiła ścianę pomieszczenia wysuniętego w przestrzeń ponad ziemią i morzem. Dar Wiatr pochylił tę ścianę, ku sobie tak, że otworzył się widok na gwiaździste niebo. Metalowa rama odcięła setki świateł, dróg, budowli i latarń morskich w dole, na wybrzeżu.

Uwagę Dara Wiatra zaprzątała tarcza chronometru galaktycznego o trzech koncentrycznych pierścieniach podziałki. Nadawanie i odbieranie komunikatów na obwodzie Wielkiego Pierścienia odbywało się według czasu galaktycznego. Jeden obrót Galaktyki dokoła osi stanowił dobę galaktyczną.

Kolejna i ostatnia dla niego akcja nadawczo-odbiorcza miała nastąpić o godzinie dziewiątej rano, zgodnie z czasem Obserwatorium Tybetańskiego, więc tu, w śródziemnomorskim obserwatorium Rady, o drugiej godzinie w nocy. Pozostało zatem niewiele więcej ponad dwie godziny czasu.

Aparat na stole znowu zamigotał i zabrzęczał. Za przepierzeniem ukazał się człowiek w jasnej szacie, mieniącej się jedwabistym blaskiem.

Był to pomocnik Dara Wiatra.

— Przygotowaliśmy się do nadania i odbioru — rzucił krótko, bez jakichkolwiek zewnętrznych oznak szacunku, chociaż w spojrzeniu malowało się uwielbienie dla zwierzchnika.

Dar Wiatr milczał. Milczał także pomocnik, przybrawszy swobodną postawę, godności i dumy.

— W sali sześciennej? — zapytał wreszcie Dar Wiatr i otrzymawszy odpowiedź twierdzącą, zapytał, gdzie jest Mven Mas.

— Przy aparacie świeżości porannej. Jak mi się zdaje, jest zdenerwowany…

— Na jego miejscu byłbym także zdenerwowany — powiedział w zamyśleniu Dar Wiatr. — Tak właśnie było sześć lat temu…

Pomocnik aż się zaczerwienił z wysiłku, by przybrać maskę obojętności. Współczuł swemu szefowi z głębi gorącego, młodego serca. Zdawał sobie, być może, sprawę, że kiedyś sam przeżyje radości i troski tej odpowiedzialnej pracy. Kierownik stacji kosmicznych niczym nie zdradzał swoich uczuć — w jego wieku uchodziłoby to za nieprzyzwoite.

— Gdy się tylko zjawi Mven Mas, proszę go do mnie natychmiast wprowadzić.

Pomocnik wyszedł. Dar Wiatr zbliżył się do miejsca, gdzie przejrzyste przepierzenie było zaczernione od podłogi do sufitu, i szerokim gestem otworzył obydwa skrzydła drzwi, wprawione w płytę z różnokolorowego drzewa. Zajaśniało światło, płynące z głębi ekranu podobnego do zwierciadła.

Kierownik stacji kosmicznych włączył za pomocą osobnej dźwigienki „wektor przyjaźni” — bezpośredni kontakt między ludźmi związanymi głęboką przyjaźnią. Wektor przyjaźni łączył z sobą stale kilka miejsc najczęstszego pobytu człowieka — mieszkanie, miejsce pracy i ulubiony „kącik wypoczynku”.

Ekran zajaśniał. W jego głębi ukazały się rzędy szafek z filmami elektronowymi, które zastąpiły archaiczne fotokopie książek.

Kiedy ludzkość zaczęła się posługiwać jednolitym alfabetem zwanym liniowym — z powodu braku w nim znaków złożonych — filmowanie starych książek uległo dalszemu uproszczeniu i dokonywało się za pomocą mechanizmów automatycznych. Niebieskie, zielone i czerwone paski stanowiły znaki centralnych filmotek; przechowywano w nich wyniki badań naukowych, publikowanych zaledwie w dziesiątkach egzemplarzy. Wystarczyło zestawienie szeregu umownych znaków i filmoteka nadawała automatycznie całość tekstu książki-filmu. Ta zmechanizowana biblioteka stanowiła własność prywatną Vedy. Lekki trzask — obraz zniknął i na ekranie ukazał się inny pokój, także pusty. Wraz z drugim trzaskiem nastąpiło przeniesienie obrazu do sali ze słabo oświetlonymi stolikami pulpitowymi. Siedząca przy najbliższym stoliku kobieta uniosła głowę i Dar Wiatr rozpoznał miłą, pociągłą twarz o dużych błękitnych oczach, wydatnych, śmiało zarysowanych wargach i z lekka zadartym nosku. Życzliwy uśmiech czynił tę twarz jeszcze bardziej pociągającą.

— Vedo, pozostały dwie godziny. Trzeba się przebrać, a chciałbym, żeby pani przyszła do obserwatorium wcześniej.

Kobieta na ekranie uniosła ręce ku gęstym, jasnopopielatym włosom.

— Słucham cię, mój Darze — roześmiała się z cicha. — Idę do domu. Wesołość tonu nie zmyliła słuchu Dara Wiatra.

— Dzielna Vedo, niech się pani uspokoi. Każdy, kto występuje przed Wielkim Pierścieniem, kiedyś występował po raz pierwszy…

— Proszę nie tracić czasu po to, żeby mnie pocieszać — podniosła z uporem głowę. — Niebawem przyjdę.

Ekran zgasł. Dar Wiatr przymknął drzwi i skierował się w głąb, by powitać swego następcę. Mven Mas wszedł szerokim krokiem. Rysy twarzy i ciemnobrązowa barwa gładkiej i lśniącej skóry świadczyły o murzyńskim pochodzeniu. Z potężnych ramion spływał ciężkimi fałdami biały płaszcz. Mven Mas uścisnął obie dłonie Dara Wiatra w swoich mocnych, szczupłych rękach. Obaj byli wysokiego wzrostu. Wiatr, który pochodził z rosyjskiego ludu, wydawał się masywniejszy od smukłego Afrykańczyka.

— Wydaje mi się, że dziś zajdzie coś ważnego — zaczął Mven Mas z tą ufną prostotą, jaka cechowała ludzi ery Wielkiego Pierścienia.

Dar Wiatr wzruszył ramionami.

Перейти на страницу:

Похожие книги