Pięć kobiet ze statku: Ingrida, Luma, drugi inżynier elektronik, geolog i nauczycielka gimnastyki rytmicznej Lone Mar, która pełniła także funkcje dyspozytorki wyżywienia, operatora powietrznego i kustosza materiałów naukowych, zebrały się jak na dawny obrzęd pogrzebowy. Ciało Nizy całkowicie uwolnione od odzieży, umyte specjalnym roztworem TM i AS, ułożono na grubym dywanie ręcznie uszytym z najmiększych gąbek śródziemnomorskich. Dywan umieszczono na pneumatycznym materacu i nakryto okrągłą kopułą z różowego silikolu. Precyzyjny przyrząd, termobarooksystat, mógł przez lata całe zachować pod grubym kloszem potrzebną temperaturę, ciśnienie i skład powietrza. Miękkie występy gumowe utrzymywały ciało Nizy w jednej pozycji, której zmianę przewidywała lekarka raz w miesiącu. Dlatego też Luma postanowiła zaprowadzić ścisłą obserwację ciała Nizy i zrezygnowała w ciągu pierwszych dwóch lat z długotrwałego snu. Stan kataleptyczny Nizy nie mijał. Jedyne, co się udało Lumie osiągnąć — to zwiększenie częstotliwości tętna do jednego uderzenia na minutę. I mimo że było to niewielkie osiągnięcie, pozwalało jednak zlikwidować szkodliwe przesycanie płuc tlenem.
Minęły cztery miesiące. Statek leciał ściśle wytyczonym kursem omijając rejon swobodnych meteorytów. Załoga, zmęczona przygodami i wyczerpującą pracą, zapadła w siedmiomiesięczny sen. Tym razem czuwali nie trzej, lecz czterej członkowie wyprawy — do dyżurujących Erga i Pura Hissa przyłączyli się lekarz Luma Lasvi i biolog Eon Tal.
Noor, który wyszedł obronną ręką z sytuacji, w jakiej nigdy jeszcze nie znajdował się żaden statek kosmiczny, czuł się samotny.
Po raz pierwszy cztery lata podróży na Ziemię wydały mu się nieskończenie długie. Nie zamierzał oszukiwać samego siebie — wiedział, że dzieje się tak dlatego, iż tylko na Ziemi mógł mieć nadzieję na uratowanie Nizy.
Długo odkładał to, co w innym wypadku zrobiłby już na następny dzień po odlocie — przegląd elektronowy steroofilmów z „Żagla”. Myślał, że razem z Niza będzie oglądał pierwsze obrazy wspaniałych światów, słuchał wieści z planet błękitnej gwiazdy, świecącej w czasie letnich nocy nad Ziemią. Pragnął, żeby Niza razem z nim urzeczywistniła najśmielsze marzenia czasów minionych i teraźniejszości, żeby odkryła nowe światy gwiezdne, przyszłe dalekie wyspy ludzkości…
Filmy nakręcane w odległości ośmiu parseków od słońca, osiemdziesiąt lat temu, przeleżały w otwartym statku na czarnej planecie gwiazdy „T” i zachowały się doskonale. Półkulisty stereoekran uniósł czterech widzów „Tantry” tam, gdzie nad nimi jaśniała błękitna Vega.
Szybko zmieniały się tematy — wyrastało oślepiające błękitne słońce, przesuwały się obrazki z życia statku. Przy liczniku automatycznym pracował nadzwyczaj młody, bo dwudziestosiedmioletni szef wyprawy, obserwację prowadzili jeszcze młodsi astronomowie. A oto sport i tańce, doprowadzone przez członków wyprawy do akrobatycznej doskonałości. Spiker wyjaśnił żartobliwie, że palmę pierwszeństwa na całej trasie do Vegi dzierży niepodzielnie biolog wyprawy. Rzeczywiście, ta dziewczyna o krótkich, lnianych włosach i wspaniałej budowie ciała wykonywała bardzo trudne ćwiczenia.
Patrząc na te jaskrawe, najzupełniej realne obrazy nie chciało się wprost wierzyć, że ci weseli, energiczni, młodzi astronauci dawno już nie żyją stawszy się pastwą potworów gwiazdy żelaznej.
Skąpa kromka wyprawy skończyła się na ekranie szybko. Wzmacniacze światła w aparacie projekcyjnym zaczęły wydawać brzęk — fioletowe słońce płonęło z taką siłą, że nawet tu, w jego bladym odbiciu, ludzie musieli włożyć okulary ochronne. Gwiazda o średnicy i masie trzy razy większej niż Słońce, mocno spłaszczona, kolosalna, obracała się z szybkością równikową trzystu kilometrów na sekundę. Kula jaskrawego gazu o temperaturze powierzchni jedenastu tysięcy stopni rozpościerała na miliony kilometrów wkoło ogniste skrzydła perłoworóżowych płomieni. Zdawało się, że promienie Vegi uderzały i niszczyły na swej drodze wszystko niby włócznie o fantastycznej długości. W ich lśniącej głębi kryła się najbliższa błękitnej gwiazdy planeta. Tam, w ten ocean ognia, nie mógłby się zanurzyć żaden statek Ziemi ani jej sąsiadów z obwodu Pierścienia. Po projekcji nastąpił referat, ilustrowany na ekranie widmowymi liniami wykresów, ukazujących usytuowanie pierwszej i drugiej planety Vegi.
„Żagiel” nie mógł zbliżyć się nawet do drugiej planety, oddalonej od gwiazdy o sto milionów kilometrów.