uśmiech za tik wykrzywiający kącik ust. Ale Yawenyr wiedział, że się uśmiecha i już, choć

jak na razie był to bardziej wyraz znużenia niż triumfu.

Wszystko szło tak, jak zaplanował. Koczownicy uderzyli, zanim mniejsze obozy zdążyły

się porządnie okopać; przedpole obozu głównego zdobiły teraz już tylko dopalające się kręgi.

Kilka Liści oparło się atakom, ale to nie miało znaczenia, zostaną zniszczone w odpowiednim

czasie. Teraz czekał ich szturm na główny obóz, szereg ataków na poszczególne półokręgi, i

tylko głupiec uznałby, że to będzie łatwa robota.

Yawenyr znał już raporty od Kyh Danu Kreda. Wozacy nie poddawali się i nie prosili o

litość. W ośmiu zdobytych obozach znajdowało się jakieś dwa tysiące ludzi, a wzięto tylko

trzech jeńców i wszyscy chwilę później zmarli od ran. Jego Źrebiarze wysyłali na obóz

Verdanno strumienie żaru, ale byli już zmęczeni, choć pięciu najpotężniejszych wciąż trzymał

w odwodzie. Gdy dojdzie do właściwego ataku, wozy zapłoną jak smolne szczapy.

Spojrzał na prawo – godzinę temu uznał, że Danu Kredo, jego niepokorny syn, chyba już

dostał odpowiednią nauczkę – i wydał rozkazy.

Od strony obozowiska Amanewe Czerwonego nadjeżdżały ciężkie kolumny oświetlone

setkami pochodni. Do świtu zostały dwie godziny. Nim wzejdzie słońce, a raczej nim

pokrywa chmur przybierze odcień stalowej szarości, powinny paść zewnętrzne półokręgi

obozu Wozaków.

Uśmiech wykrzywił drugi kącik ust starego wodza. Wtedy wydał takie rozkazy, jakie

musiał wydać, i zaraz okaże się, czy nienawiść, jaką Verdanno żywią do plemion Amanewe

Czerwonego, jest tak wielka, jak mówią. Po tym, co zrobili Sahrendey, musiała być.

Jasnowłosa niewolnica poruszyła się już trzeci raz w ciągu ostatniego kwadransa.

Zazwyczaj, co w niej podziwiał, potrafiła stawać się częścią otoczenia równie skutecznie jak

krzesło, na którym siedział.

– Coś cię martwi, najdroższa?

Nawet na niego nie spojrzała, co każdego innego, mężczyznę, kobietę czy dziecko,

kosztowałoby utratę oczu. Ale nie ją, kobietę, której dotyk przywrócił mu młodość i która

ostrzegła go, by uważał na północny zachód swego państwa.

Patrzyła w ciemność z takim napięciem, jakby potrafiła ją przebić wzrokiem. Jej dłoń

poruszała się lekko.

– Węzeł... – wyszeptała. – Tworzy się węzeł. Cała bitwa owinięta wokół jednego

punktu...

Zaśmiał się łagodnie. Kobiety.

– Nie najdroższa, bitwy nie są tkaniną, nie zwijają się i nie rozwijają wokół jakichś

węzłów. To sprawdzian siły woli i doświadczenia wodzów oraz męstwa wojowników.

Odwróciła się wreszcie w jego stronę, twarz miała bledszą niż zwykle i dziwnie

ściągniętą.

– Nie jestem jednym z twoich pieśniarzy, mój panie, nie zapiszę tych słów, by były

świadectwem twej mądrości. – Używała mowy Wolnych Plemion, formalnej i nieco zbyt

uroczystej. – Lecz gdy bitwa jest przegrana, armia pierzcha, prawda? A gdy pierzcha armia,

najpierw pierzcha jedno Skrzydło, mam rację? A gdy pierzcha jedno Skrzydło, najpierw rzuca

się do ucieczki jeden a’keer. A żeby on uciekł, musi się w nim znajdować jeden wojownik,

którego serce pierwsze struchleje ze strachu i który pierwszy zawróci konia. Mam rację, mój

panie?

Nie podobał mu się jej ton, ale w sumie, jak na kobietę, mówiła mądrze.

– Masz, maii.

Nazwał ją przezwiskiem, które samo w sobie było łagodnym napomnieniem. Maii –

pieszczoch, rzecz, własność. Zrozumiała i spokorniała natychmiast.

– Wybacz, panie. – Ukłoniła się, lecz kontynuowała – ale gdyby znalazł się sztylet, który

wbiłby się w serce tego wojownika tuż przed ucieczką, to może a’keer, Skrzydło i cała armia

dotrzymałyby pola chwilę dłużej, i może to wróg by przegrał? Gdyby teraz z ciemności

nadleciała strzała i wbiła się w twoje serce, czyż bitwa nie owinęłaby się wokół tego miejsca?

Chaos i panika popłynęłyby stąd na wszystkie strony i ogarnęły wszystkich twoich

wojowników. Tu byłby węzeł.

Rzadko tak dużo mówiła, ale pozwolił jej, bo byli sami, najbliżsi strażnicy stali dobre

trzydzieści kroków od nich, więc nikt jej nie słyszał. Komuś innemu za samą sugestię, że on,

Ojciec Wojny, Syn Gallega, może zginąć od zwykłej strzały, kazałby wyrwać język i rzucić

go psom na pożarcie. Pewnych słów nie należy wypowiadać.

– Chaos, mój panie, działa przez węzły, przez punkty, z których szerzy się zniszczenie.

Tam – machnęła ręką – tworzy się węzeł, zbierają się duchy, pełzną przez ziemię... Czekają.

To zły znak. Twoi szamani tego nie czują? Tak są... za... zajęci walką? Trzeba przeciąć ten

węzeł.

Zaczęła się zacinać, co nie zdarzało jej się od chwili, gdy weszła do jego namiotu kilka

miesięcy temu. Musiała być bardzo zdenerwowana.

– Czekaj – przerwał jej krótko. – Najpierw oni.

Sahrendey właśnie ruszyli do próbnego ataku. Część jazdy zsiadła z koni, zmieniając się

w solidny oddział piechoty, reszta zajęła miejsca po jego bokach. Jazda ruszyła pierwsza,

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги