Obóz New’harr był niszczony spokojnie i metodycznie, jakby to nie była walka, lecz
zaplanowana robota. Zrebiarze nie ustawali w rzucaniu na niego swoich czarów, tym razem z
większej, bezpieczniejszej odległości i pod osłoną silnych oddziałów jazdy. I cóż z tego, że
gdzieniegdzie wozaccy czarownicy stawiali im opór? Widziała ziemię poruszoną zaklęciem,
jak wspina się i osłabia czary se-kohlandzkiego szamana, widziała gromadę widmowych
stworzeń, jakby duchów zrodzonych z mroźnego oddechu samej Pani Lodu, jak rzucają się i
ścierają z falą żaru. Czarowników było za mało, mogli powstrzymać ledwo co czwarty albo
co piąty magiczny atak. Tym bardziej że Zrebiarze poczynali sobie coraz śmielej.
Jakieś pół mili od niej zatrzymał się jeden z nich. Przeszło stu jeźdźców otaczało
drobnego mężczyznę w szarym ubraniu, dosiadającego na oklep gniadego ogiera. Człowiek
ten wykonał kilka gestów, powietrze wokół niego zafalowało, a potem pomknęło przed siebie,
kładąc falą gorąca wyschnięte trawy. Czarny pas o żarzących się brzegach pędził w stronę
wozów, rozszerzając się stopniowo, uderzył w drewniane burty, które w jednej chwili
zadymiły i pociemniały. Ogier czarownika stał jak skamieniały, nie drgnął nawet, gdy ten
lekko zeskoczył na ziemię i podbiegł do innego konia. Dopiero wtedy przewrócił się do
przodu, na chrapy, brzuch puchł mu jak miech pełen powietrza, skóra dymiła, próbował
zarżeć, ale żałosna skarga utonęła w wylatującym pyskiem strumieniu czarnej krwi. Jeden z
jeźdźców zarzucił arkan na tylną nogę nieszczęsnego zwierzęcia i pociągnął je, wciąż
drgające, ku obozowi Danu Kreda.
U koczowników nic się nie marnowało.
W jednej chwili zrozumiała, dlaczego jej rodacy tak nienawidzą Źrebiarzy. Gdyby miała
wolne ręce, gdyby miała łuk, kuszę, nóż...!
Emocje były dzikie, jakby nie jej, łamały obojętność, w bezsilnej furii wyciągnęła ręce ku
oddalającemu się oddziałowi, nie czując bólu rozrywanego ciała, i wrzasnęła.
To było szalone wycie, krzyczała nie swoim głosem, głosem tysiąca ludzi, mężczyzn i
kobiet, drewniane drągi tworzące trójnóg pulsowały w rytm tego krzyku, rodząc twarze, coraz
to nowsze, zachodzące jedna na drugą, oczy przechodziły w usta, usta zamykały się i puchły
w nosy, które nagle błyskały gładkimi źrenicami. Wyciągnięte w przód dłonie też zaczęły
puchnąć, palce poczerniały, spod paznokci popłynęła krew.
Nic się nie stało.
Źrebiarz nie zajął się ogniem, nie eksplodował deszczem krwi i ciała, nawet nie obejrzał
się za siebie. Jej głos utonął we wrzawie bitwy, stał się jeszcze jednym akordem wojennej
pieśni wypełniającej okolicę.
Opuściła ręce, ból powrócił, schwycił ją w szpony, szarpnął. Na wpół zaschnięte rany,
rozerwane nagłym ruchem, zapłakały czerwienią i leżąca na ziemi głowa napiła się świeżej
krwi.
Usłyszała nadjeżdżającego konia. Saonra Womreys w biegu zeskoczyła z siodła i szła ku
niej, włosy w nieładzie, obłęd w spojrzeniu, nóż w ręku.
Kobieta nawet nie spojrzała na martwych strażników, interesowała ją tylko Key’la.
Podeszła bliżej, stając z nią prawie twarzą w twarz.
– Walczymy – wydyszała – idziemy do szturmów, krwawimy i umieramy. Zostawiamy
tam naszych braci... Przysięgaliśmy, że spalimy wasze wozy... że...
Nagłym ruchem złapała Key’lę za koszulę na piersi i przyciągnęła do siebie.
– Oni patrzą na ciebie. Idący do walki... Przysięgaliśmy... za złamane serca... zdradę... A
teraz nie ma w nas gniewu ani bojowej furii, która wstrząsnęłaby niebem... Gdy powiedziałam
im, że nie chcesz łaski, niektórzy... niektórzy prosili cię o wybaczenie... Ciebie! A na
dodatek... duchy odwróciły się od nas... słupy są martwe... nie mamy od kogo wziąć
błogosławieństwa...
Odepchnęła ją gwałtownie, machnęła nożem przed twarzą.
– Przeproś! Za to, co zrobili... Że miałaś ojca i matkę... że wybrali ciebie zamiast...
zamiast...
Błysnęło, nóż poleciał w bok. Kobieta upadła na ziemię, na plecy, oczy szeroko otwarte,
usta wykrzywione zdumieniem. On! Skąd się tu wziął?! Jak? Ale był, był, jej braciszek,
dopadł ją jednym skokiem, pochylił się nad leżącą kobietą, wąskie ostrze oparło się o jej
policzek, pazury na lewej dłoni lekko drżały.
Cisza.
Zabij ją! Coś w Key’li wyło i wrzeszczało. Zabij! Zabij! Zabij!
Chłopak trząsł się, czekał, blizna na plecach pociemniała. Odwrócił się i popatrzył na nią
tak jakoś dziwnie. Wykonał ruch ręką, ostrze znikło, potem chwycił pazurzastą dłonią za
najbliższy drąg, który zaczął się wić i tętnić pod tym dotykiem, drugą dłoń położył na głowie
kobiety.
Cisza.
A potem
wrzeszczy. Wyrywa się wreszcie, na czworakach dopada najbliższego drąga i wczepia się w
niego oburącz. Drewno pulsuje twarzami.
– Nie... nie... nie... nie... NIE!!!!
Ten krzyk jest inny, rozpaczliwy, słowa są wydyszane, wyrzucone w niebo, tną powietrze