Sima Ting wysikał się obficie pośrodku drogi, krzyknął coś za niknącym w oddali wozem i przyciskając strzelbę do piersi, wspiął się na wieżę strażniczą na poboczu. Konstrukcja miała trzy zhangi [3] wysokości, niewielką platformę, wspierającą się na dziewięćdziesięciu dziewięciu grubych drewnianych balach, wieńczyła wisząca smętnie i nieruchomo w wilgotnym porannym powietrzu czerwona flaga. Shangguan Lü patrzyła na Simę Tinga, który spoglądał w skupieniu na północny zachód; z wyciągniętą szyją i podciągniętymi w górę stulonymi wargami wyglądał jak gęś u wodopoju. Pierzasty obłok białej mgły, który przetoczył się przez szczyt wieży, połknął, a następnie wypluł Simę Tinga; krwistoczerwone światło wschodzącego słońca zabarwiło jego twarz na karminowo. Shangguan Lü wydawało się, że oblicze starosty pokrywa lepka warstwa słodkiego syropu, lśniąca oślepiającym blaskiem. Oburącz wzniósł strzelbę nad głową; jego twarz czerwieniła się niczym koguci grzebień. Shangguan Lü usłyszała cichy odgłos uderzenia kurka w iglicę. Ze strzelbą w dłoni, Sima Ting stał uroczyście i czekał… Shangguan Lü także czekała, z rękami zdrętwiałymi od trzymania ciężkiej szufelki i szyją obolałą od ciągłego zadzierania głowy. Sima Ting opuścił strzelbę i wydął wargi niczym obrażony chłopczyk. Usłyszała, jak przeklina swoją broń: Cholero jedna! Jak śmiałaś nie wypalić?! Ponownie uniósł strzelbę i nacisnął spust. Rozległ się huk; buchający z lufy płomień przysłonił słońce i rozświetlił twarz strzelca. Głośny wybuch ostatecznie zniweczył panujący w wiosce spokój: niebo wypełnił tęczowy blask, jakby boginie sypały ze szczytów chmur miliardami różnokolorowych kwietnych płatków. Serce Shangguan Lü biło mocno. Była tylko żoną kowala, ale przewyższała go w sztuce kowalskiej – sam widok żelaza i ognia sprawiał, że krew gotowała się w jej żyłach i pędziła jak szalona. Jej mięśnie napinały się falami, naprężone niczym poskręcane baty. Czarna stal bije w czerwoną stal, iskry pryskają na wszystkie strony świata, mokra koszula, strużka potu w rowku między piersiami, woń krwi i żelaza, wypełniająca przestrzeń między niebem a ziemią… Sima Ting podskoczył na swoim podwyższeniu, chmura prochu o drażniącej woni rozeszła się w wilgotnym porannym powietrzu. Starosta obrócił się i głośno, uroczyście wygłosił ostrzeżenie dla powiatu Północno-Wschodniego Gaomi:
– Szanowni mieszkańcy, panowie i panie, japońskie diabły nadciągają!
2
Shangguan Lü wysypała całą szufelkę pyłu na kang, z którego wcześniej odgarnięto słomiane maty i pościel i rzuciła troskliwym okiem na swoją synową, Shangguan Lu. Młoda kobieta jęczała, kurczowo przytrzymując się krawędzi łóżka. Shangguan Lü wyrównała pył dłońmi.
– Teraz możesz wejść – zwróciła się łagodnie do synowej.
Pod jej czułym spojrzeniem ciało Shangguan Lu o obfitych piersiach i pełnych biodrach przeszedł dreszcz. Synowa patrzyła smutno na poczciwą twarz teściowej, jej pobladłe wargi drżały, jakby chciała coś powiedzieć.
– Licho wstąpiło w starego Simę – rzekła Shangguan Lü. – Kto to widział, tak strzelać z samego rana!
– Mamo… – jęknęła Shangguan Lu.
Teściowa otrzepała dłonie z kurzu.
– Moja dobra synowo – przemówiła miękko – wysil się troszeczkę tym razem! Jeśli znów będzie córka, ja cię już nie obronię…
Dwie strużki łez popłynęły jednocześnie z oczu Shangguan Lu. Przygryzła dolną wargę, natężyła wszystkie mięśnie, by unieść wielki brzuch, i wczołgała się na odsłonięty, pokryty kurzem kang.
– Co to dla ciebie, moja droga, po prostu urodź to dziecko – powiedziała Shangguan Lü, kładąc na posłaniu zwój białego płótna i nożyce. – Twój teść jest w stajni razem z ojcem Laidi, odbierają poród czarnej oślicy. Rodzi pierwszy raz, muszę im pomóc – rzekła zniecierpliwiona, marszcząc brwi.
Shangguan Lu skinęła głową. Jej uszu dobiegł niesiony wiatrem huk wystrzału, a za nim szczekanie wystraszonych psów i urywane krzyki Simy Tinga:
– Rodacy! Uciekajcie prędko, ratuj się, kto może!
Jakby w odpowiedzi na te wołania poczuła silne kopnięcie w brzuchu. Przeraźliwie bolesny skurcz przeszył jej ciało, pot o rybiej woni popłynął wszystkimi porami skóry. Zaciskała zęby, nie pozwalając krzykowi wydostać się z ust. Zamglonymi od łez oczyma dojrzała bujne, czarne włosy teściowej, która klęczała przed ołtarzykiem. Shangguan Lü włożyła trzy purpurowe kadzidełka z drewna sandałowego do kadzielnicy przed posążkiem miłosiernej Guanyin; smużki dymu powędrowały spiralami w górę, wypełniając izbę aromatem.
– O wielka, miłosierna bodhisattwo Guanyin, która wspierasz cierpiących i pomagasz strapionym, zmiłuj się nade mną i miej mnie w swojej opiece, ześlij mi wnuka…