– Dziadowie i babki, ciotki i wujowie, synowe i zięciowie, siostry i bracia! Uciekajcie, jeśli wam życie miłe! Biegnijcie na nieużytki, kryjcie się na polach, bo wróg już nadciąga! Uwierzcie mi, to nie kłamstwa, to wszystko najprawdziwsza prawda! Nie wahajcie się, rodacy, zostawcie te stare chałupy, co wam po nich – ratujcie samych siebie! Póki żyjecie, górska trawa pozostanie zielona, a świat będzie kręcił się dalej! Ratujcie się, póki nie jest za późno!
Shangguan Shouxi skoczył na równe nogi.
– Mamo, słyszałaś? Uciekajmy, uciekajmy razem ze wszystkimi! – gorączkował się.
– Uciekajmy? A dokąd tu uciekać? – odparła z irytacją Shangguan Lü. – Ci z Rezydencji niech sobie uciekają, ale my? My, Shangguanowie, kujemy żelazo i uprawiamy ziemię. Nie jesteśmy nic winni cesarzowi ani krajowi. Kto nami rządzi, tego jesteśmy poddanymi! Czy ci Japończycy to nie ludzie? Zajęli już cały północny wschód, ale co poczęliby bez ludu, który dla nich uprawia ziemię, płaci dzierżawę? A ty? Jesteś w końcu jego ojcem i głową tej rodziny, gadaj, mam rację czy nie?
Shangguan Fulu rozciągnął usta ni to w uśmiechu, ni to w nerwowym grymasie, ukazując dwa rzędy mocnych, żółtych zębów.
– No, pytam się ciebie – popędziła go gniewnie – a ty tylko szczerzysz zęby! Z ciebie to i pierdnięcie trzeba wałkiem wyciskać!
– Mnie pytasz? Chcesz uciekać, to uciekamy, chcesz zostać, zostajemy! – odparł Shangguan Fulu z płaczliwą miną.
Shangguan Lü westchnęła.
– Co ma być, to będzie. Jak źle będzie i tak nic nie poradzimy. Czego się gapisz? Masuj jej brzuch!
Shangguan Shouxi poruszał wargami, zbierając odwagę, by się odezwać.
– Urodziła już? – zapytał w końcu, głośno, lecz niepewnie.
– Prawdziwy mężczyzna się nie rozprasza. Zajmij się oślicą, żona to nie twój interes – przywołała go do porządku Shangguan Lü.
– Ale to moja żona… – wymamrotał pod nosem jej syn.
– A kto mówi, że nie?
– Tym razem pewnie będzie chłopak – rzekł Shangguan Shouxi.
– Brzuszysko ma wielkie, że aż strach!
– Ech, ty, co z ciebie za pożytek… – westchnęła zrezygnowana Shangguan Lü. – O Bodhisattwo, miej nas w swojej opiece!
Shangguan Shouxi chciał jeszcze coś powiedzieć, lecz zagniewane spojrzenie matki zamknęło mu usta.
– Wy dwaj róbcie, co do was należy, a ja pójdę na ulicę się rozejrzeć – zarządziła Shangguan Lü. – A ty dokąd się wybierasz? – złapała męża za ramię i usadziła z powrotem obok oślicy. – Nie ma tam dla ciebie nic ciekawego! – fuknęła ze złością. – Masuj jej brzuch, to jej pomoże szybciej urodzić! O Bodhisattwo, o Panie Niebios! Mężczyźni z rodu Shangguan zawsze byli mocni jak żelazo i twardzi jak stal – w kogo się wdali ci beznadziejni tchórze?!
Shangguan Fulu pochylił się nad oślicą, wyciągnął ręce, tak samo drobne, jak u syna i jął masować drgający brzuch zwierzęcia. Klęczeli po obu stronach, ojciec i syn, patrząc na siebie i szczerząc zęby w identycznym grymasie; wyglądali jak bracia-towarzysze niedoli. Pracowali na przemian, podobni do malców siedzących na dwóch przeciwległych końcach huśtawki. W przód i w dół, w tył i w górę – ich dłonie ślizgały się bezużytecznie po powierzchni oślej skóry, brakowało mocy i sensu w byle jakich, leniwych ruchach rąk, miękkich jak wata, wiotkich jak źdźbła trzciny. Stojąca z tyłu Shangguan Lü z rezygnacją pokręciła głową, po czym sięgnęła ręką i mocnym chwytem, jak żelaznymi szczypcami, ucapiła męża za szyję, zmuszając go do wstania.
– Zabieraj się stąd! – huknęła i lekkim pchnięciem posłała słaniającego się Shangguana Fulu, kowala z bożej łaski, na kopę siana w kącie stajni.
– Wstawaj! – wrzasnęła na syna. – I nie plącz mi się tu! Tylko żreć i pić potrafisz, a do roboty – dwie lewe ręce! O Panie, marny mój los z wami!
Shangguan Shouxi poderwał się energicznie niczym skazaniec, któremu właśnie darowano życie i dołączył do ojca w kącie. Czarne oczy ojca i syna mrugały bezmyślnie, na ich twarzach malowała się to tępota, to coś w rodzaju sprytu. Gdy okrzyki Simy Tinga ponownie wdarły się do stajni, obaj mężczyźni zaczęli dygotać, jakby mieli za chwilę zsikać się ze strachu.
Shangguan Lü uklękła przed oślim brzuchem, nie zważając na walające się wokół nieczystości; twarz miała poważną i skupioną. Podwinęła rękawy, zatarła dłonie. Rozległ się szorstki, nieprzyjemny odgłos jakby pocieranych o siebie podeszew. Przykładając ucho do brzucha zwierzęcia, nasłuchiwała z przymkniętymi powiekami. Następnie pogłaskała oślicę po pysku.
– Ośliczko – przemówiła czule – no, postaraj się troszkę. Taki już nasz ciężki los samic…
Następnie usadowiła się okrakiem nad oślą szyją, pochyliła się w stronę brzucha i przyłożywszy do niego obie dłonie, pchnęła do przodu, jakby heblowała deskę. Oślica ryknęła boleśnie, jej ugięte nogi gwałtownie się wyprostowały, a kopyta jęły młócić powietrze, wystukując nieprzerwany, szybki rytm na niewidzialnych werblach; chaotyczne bębnienie odbijało się echem od ścian stajni. Łeb oślicy uniósł się, zawisł na chwilę w powietrzu, po czym opadł ciężko z powrotem, jak kawał mokrego, tłustego mięsa.