Doktor Swobodziczka wytrwale kroczył wiodącą w nieskończoność sinusoidalną ścieżką upojenia, na mniej lub bardziej studziennym gazie bywał przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Pochłaniał hektolitry czystego spirytusu, był koneserem miejscowego samogonu, gęstego, ciemnego i palnego jak nafta, przyjmował zakłady o to, że przeżyje spożycie w jeden wieczór sześciu butelek śliwowicy paschalnej, i wygrywał te zakłady, wygrywał z zapasem, nie tylko żył dalej, ale i o własnych siłach, choć z nadmierną majestatycznością podnosił się z krzesła. Opity piwem czarny wilczur wyłaził spod dębowego stołu i chwiejnym krokiem ruszał śladem swego pana.
Jakie były noce i poranki doktora – wiem dobrze – koszmary były nadmierne, głosy za głośne, widma zbyt dotykalne. Niechybnie upiorna epika musiała być nie do przyjęcia, nie do zapicia i nie do zniesienia, bowiem Swobodziczka w rozpaczy i w bezradności, widząc, że homerycki zapis jego męczarni nie kończy się wcale, sięgnął po ostateczny środek wyrazu. Sięgnął po morfinę celem złagodzenia bólu (bo przecież nie celem wzmożenia doznań), sięgnął po morfinę, choć dobrze wiedział, że o ile po pierwszym zastrzyku męczarnie istotnie (choć pozornie) pierzchną, o tyle pierwszy zastrzyk po pewnym czasie, za chwilę, prawdę powiedziawszy momentalnie, pocznie się domagać drugiego zastrzyku, po drugiej zaś dawce, najdalej po trzeciej, przyjdą koszmary jeszcze nadmierniejsze, rozlegną się glosy jeszcze donośniejsze, dotykalne widma poczną go otaczać bardzo ciasnym kręgiem. Doktor Swobodziczka znał tę prostą, choć nieubłaganą mechanikę całkowitej zatraty, był świetnym lekarzem, był pewien, że sobie poradzi, tym razem o to właśnie (ze sobie poradzi) sam ze sobą przyjął zakład i ten zakład przegrał.
Matka w tamtych czasach była młodą wiślańską, ewangelicko-augsburską farmaceutką, często miewała dyżury nocne i o najciemniejszych godzinach, o trzeciej albo o czwartej nad ranem, budził ją przeciągły dzwonek, paniczne kołatanie i rytualny okrzyk:
– Pani magister! Pani magister! Przypadek nagły i wymagający natychmiastowej interwencji! Przypadek absolutnie nie cierpiący zwłoki!
Za oszklonymi drzwiami kolebała się zwalista postać, u jej stóp warował pies. Doktor Swobodziczka roztrzęsioną ręką podawał receptę, na której widniało magiczne, przynoszące ulgę, a może nawet euforię zaklęcie: “Morph. Hydr. 002”. Głos mu się łamał naturalnie, doktor zgoła nie musiał imitować spazmatycznego sposobu mówienia.
– Pani magister… Na Zameczku aktualnie przebywa towarzysz pierwszy sekretarz Władysław Gomułka, dostał nagłej kolki, potworne bóle, głowa państwa zwija się w męczarniach, wezwano mnie… Pani magister rozumie, sprawa wagi państwowej.
Za pierwszym, a może nawet i za trzecim razem (Pani magister, na Zameczku przebywa aktualnie premier Józef Cyrankiewicz, dostał nagłej kolki…) był w tym brawurowym pretekście jakiś rys prawdopodobieństwa. Przedwojenny Zameczek prezydenta Mościckiego służył teraz istotnie jako wilegiatura dla dygnitarzy najwyższego szczebla, o niejednym zmierzchu widywaliśmy kawalkady wołg i czajek wolno sunące drogą na Kubalonkę, dalekie światła kładły się na pancernych karoseriach. w bliskiej obecności przywódców (niewiarygodne orszaki sunące przez lesiste zbocza o mglistym poranku, przedstawiciele władz centralnych w asyście towarzyszących im osób ruszają na grzybobranie), w bliskiej obecności, a nawet w nagłej (choć wedle doktryny byli ponadludzcy, czyli bezcieleśni) dolegliwości premiera albo pierwszego sekretarza było zatem pewne prawdopodobieństwo, ale przecież gdy się rychło okazało, iż wedle Swobodziczki Gomułka i Cyrankiewicz (niżej doktor na ogół nie schodził) musieliby bez przerwy mieszkać na Zameczku i mieć w dodatku nieustanną, choć przemienną kolkę, rychło zatem, a nawet wcześniej jeszcze, wszystko było jasne. Sam Swobodziczka zresztą z czasem przestał się troszczyć o jakąkolwiek wiarygodność swej wersji wydarzeń, mechanicznie wygłaszał formułę o Zameczku, dygnitarzu i kolce, podawał receptę, brał ampułki, siadał na pobliskiej ławce w samym środku rynku, otwierał torbę, wyjmował strzykawkę, igłą przekłuwał spodnie na wysokości uda i dokonywał przez nogawkę subtelnej i wprawnej iniekcji domięśniowej. Wielki doktor Swobodziczka – doktor Morfina, doktor Kodeina, doktor Gorzałka, doktor Nikt.