Bywałem z pięknymi kobietami, wypiłem morze gorzkiej żołądkowej, pracowałem ciężko i tarzałem się w lenistwie, słuchałem muzyki (muzyki najbardziej mi tu brakuje), czytałem klasyków, chodziłem na mecze piłkarskie, modliłem się w moim luterskim kościele i zdawało mi się, że o rzeczach tego świata wiem tyle, ile zostało mi przeznaczone. Wydawało mi się, że jestem wypełniony, a byłem pusty, byłem jak miedź brzęcząca. (Jak mówi Pismo: choćbym pić przestał, a miłości bym nie miał, byłbym jako miedź brzęcząca, jako cymbał brzmiący). Zabić się? Tak, tak, myślałem o samobójstwie (każdy normalny człowiek choć raz w życiu myśli o samobójstwie, napisał bodajże Camus – lektura z czasów, kiedy Ciebie jeszcze nie było na świecie), ale myślałem o tym w tych samych nierealnych kategoriach, w jakich myślałem o bezpowrotnym porzuceniu picia gorzkiej żołądkowej. Ileż ja refleksji nie poświęciłem temu, by przestać pić gorzką żołądkową. i co? i nic. Myślałem o porzuceniu picia gorzkiej żołądkowej i spokojnie lub burzliwie (raczej burzliwie) dalej piłem ten pośledni, choć gładko przechodzący przez gardło trunek. Myślałem o zabiciu się, ale spokojnie lub burzliwie (raczej burzliwie) żyłem dalej. Nadzieję na rychłą śmierć, na realną śmierć dawał mi mój nałóg. Jak powiada jedna z tutejszych mądrych terapeucie (są bowiem terapeucice mądre i terapeucice głupie, całkiem jak biblijne panny mądre i panny głupie, w następnym liście przytoczę odpowiednią przypowieść o terapeucicach mądrych i terapeucicach głupich), otóż mądra terapeucica Kasia powiada, że deliryk prędzej ucieknie w śmierć, niż przyzna się do bezsilności wobec gorzały. Prawdziwy mężczyzna może od wódki umrzeć, zgłupieć nie śmie, jak mawiał śp, pan Trąba. i ja się na to godziłem, szykowałem się do ucieczki w śmierć. Może nie umiałem tego tak dokładnie określić jak Szymon Sama Dobroć, który zanim stąd uciekł, wiedział i nie ukrywał, że po ucieczce z oddziału ma zamiar – że tak powiem – uciec definitywnie za tydzień, za miesiąc, najdalej za trzy lata. Ja daty nie znałem, szykowałem się w ciemno. Ale kiedy przeczytałem Twój list, kiedy usłyszałem Twój głos, kiedy zobaczyłem Ciebie po raz pierwszy, zrozumiałem, że czarny sznurek, który coraz ciaśniej zaciskał się wokół mego karku – nie ma szans – pęknie. Zrozumiałem, że o wiele prędzej rozprzędzie się ta nić czarna, niż moje serce pójdzie w strzępy. Zrozumiałem, że przez całe moje życie na Ciebie czekałem. (Z tego co najmniej dwadzieścia lat musiałem czekać, aż dorośniesz). Ale przyszłaś. Jesteś. (Tak. Ona jest).
Kiedy ujrzałem Ciebie po raz pierwszy, nie miałaś na sobie żółtej sukienki na ramiączkach. Miałaś na sobie czarną bluzkę i szare spodnie. Siedziałaś przy stoliku i niecierpliwie spoglądałaś w okno hotelowej kawiarni. Spóźniłem się o całe osiem minut. Objąłem Ciebie tak płynnie, jakbym przez całe życie tylko Ciebie obejmował.
– Czy my się aż tak dobrze znamy? – zapytałaś. – Lepiej – odpowiedziałem i do końca życia będę dumny z tej odpowiedzi. Nie miałaś oczywiście na imię Ala-Alberta; masz imię, które zawsze chciałem, żebyś miała, masz ramiona, które zawsze chciałem, żeby były Twoje, masz oczy zielone, i to jak zielone, masz dłonie specjalnie dla mnie stworzone przez Boga. Jesteś piękna i mądra.
Ja – jestem szczęśliwy. Oczywiście, o tym, że jestem szczęśliwy, nie mogę mówić tutaj nikomu, nie mogę się z uczucia szczęścia zwierzyć nawet mojej terapeutce (jak domyślasz się słusznie, jest nią Kasia), nie mogę nawet uczucia szczęścia zapisać w swym dzienniku uczuć. Szczęśliwy deliryk natychmiast wzbudza straszliwe podejrzenia, szczęśliwy deliryk bardzo kiepsko rokuje.
Dobrze rokuje deliryk zdołowany, deliryk w depresji, deliryk w rozpaczy. Deliryzm jest chyba jedyną chorobą, w której fatalne samopoczucie pacjenta daje nadzieję. Prawdziwy pełnokrwisty deliryk musi być na nieustannym wódczanym głodzie, pod nieustanną presją tęsknoty za butelką gorzkiej żołądkowej, w niżu psychicznym, w piekle.
Brakuje mi tu muzyki. Lato jest pochmurne, ale bywają dni słoneczne, wtedy z dziwną fascynacją krążę pomiędzy otoczonymi dzikimi ogrodami domami obłąkanych. Czasami zza zakratowanych okien słychać śpiew. w południe ogrody zaludnia tłum schizofreników i samobójców, w górę idzie monotonna melodia ich bełkotu. Wczoraj na głównej alei przechodziłem obok samobójcy, który dźwigał na ramieniu i spazmatycznie przyciskał do ucha ogromne radio na baterie. Już z odległości kilku kroków słychać było płynący z odbiornika narkotyczny niski głos i sławną w tym sezonie pieśń o jedwabnym szalu. Przypomniał mi się Don Juan Ziobro, moja ulubiona postać i bliski mi człowiek, i znów poczułem przeszywający cień czarnego sznurka; Boże, daj mi być z nią jak najdłużej.