Księżyc świecił jeszcze wyjątkowo mocno, pomimo iż na wschodzie niebo zaczynało

już zmieniać barwę, a aksamitna czerń powoli przeistaczała się w atramentowy

granat. Tutaj, daleko na południu, zima była o wiele mniej sroga niż w północnej

Szkocji i pozostawiła po sobie gdzieniegdzie jedynie kilka białych płacht - ostatnie

ślady jej panowania.

Pomiędzy nimi prześlizgiwało się coś niewiarygodnie długiego. Promienie księżyca

odbijały się w tysiącach łusek pokrywających grzbiet sunącej przez wilgotną, martwą

trawę Nagini. Zmierzała w stronę ogromnej posiadłości, rozciągniętej na terenie

zaniedbanego w tej chwili, choć jeszcze do niedawna z pewnością wspaniałego

ogrodu.

Prześliznęła się przez kikuty żywopłotów, ominęła brudny, wypełniony chwastami

staw i skierowała się w stronę niewielkiej szczeliny u podstawy muru. Zanurzyła się w

ciemnym tunelu, kierując się cały czas w dół, i po jakimś czasie wysunęła się z

podobnej szczeliny znajdującej się w obszernej, pogrążonej w ciemności sali.

Zaczęła pełznąć po nierównych, zimnych kamieniach, pozostawiając za sobą

wilgotny ślad i w pewnym momencie w polu jej widzenia pojawiła się czarna,

sięgająca ziemi szata. Zwolniła i otarła się o szatę niczym kot dopominający się o

pieszczoty.

Długa, upiornie blada dłoń dotknęła jej grzbietu, gładząc jej skórę.

- Wróciłaś już z polowania, moja droga? - zapytał wysoki, zimny głos, posługując się

jej własnym językiem.

Wąż zasyczał i owinął się wokół wyciągniętej ręki, wspinając się na ramiona swego

pana.

Voldemort wyprostował się i po raz kolejny pogładził Nagini.

- Niepotrzebnie traciłaś siły. Kiedy z nim skończę, będziesz miała wspaniałą ucztę.

Jego wzrok przeniósł się w kierunku środka sali. Na kamiennej posadzce leżała

odziana w czerń postać. Trudno było rozpoznać jakiś kształt pośród nasączonych

krwią, obszernych szat, pociętych w tak wielu miejscach, że nie nadawałyby się w tej

chwili do niczego. Rozcięcia odsłaniały bladą skórę, na której zaschnięte ślady krwi

mieszały się z nowo otwartymi ranami. W niektórych miejscach skóra była czarna,

jakby coś ją przypaliło. Pomiędzy kamiennymi płytami podłogi, na których leżała

postać, płynęły strugi ciemnej posoki, łącząc się w rozległą kałużę.

Wydawało się, że nie oddycha. Że w tym zmaltretowanym ciele nie pozostało już

niczego, co można by nazwać życiem.

Voldemort uniósł różdżkę, szykując się do rzucenia kolejnej klątwy.

- Musimy go ocucić. Nie możemy pozwolić, aby umierał w nieświadomości, prawda?

W czerwonych oczach Voldemorta zapłonął lód, ale w momencie, kiedy otworzył

usta, aby rzucić zaklęcie, w pomieszczeniu rozległo się głośne pukanie.

Voldemort opuścił różdżkę i z wściekłością spojrzał na drzwi.

- Wyraźnie rozkazałem, aby mi nie przeszkadzano! - wysyczał, kiedy drzwi otworzyły

się ostrożnie i do pomieszczenia wsunął się Lucjusz Malfoy.

- Wybacz mi, mój Panie - wycharczał, zginając się w ukłonie. - Ale to bardzo pilne.

Właśnie przyszła wiadomość. Do ciebie, mój Panie. Nadawca napisał, że ma zostać

dostarczona natychmiast, w przeciwnym razie wpadniesz w nieopisaną furię.

Voldemort opuścił różdżkę i zmrużył oczy.

- Daj mi to. - Wyciągnął rękę.

Lucjusz podszedł szybko i wręczył mu wiadomość, po czym wycofał się tyłem,

zginając się w ukłonach. Przelotnie spojrzał na leżącą na podłodze postać, a w jego

oczach rozbłysnął triumf i satysfakcja.

Kiedy drzwi się zatrzasnęły, Voldemort podniósł kopertę i przyjrzał jej się. Była

zaadresowana na Lucjusza Malfoya, Malfoy's Manor, ale ogromnymi, wyróżniającymi

się literami było napisane: Wyłącznie Do Rąk Czarnego Pana. Pod spodem

mniejszymi literami wypisana była groźba, co może stać się z tym, kto nie dostarczy

tej wiadomości natychmiast. Koperta była zalakowana. Voldemort obrócił ją w dłoni.

- Widzisz to, Nagini? Kto miałby na tyle tupetu, aby wysłać do mnie list?

W oczach Voldemorta połyskiwało autentyczne zaciekawienie. Złamał pieczęć, wyjął

z koperty pergamin i rozwinął go. Przez kilka chwil jego oczy przesuwały się po

tekście, a kiedy skończyły... na jego zimnym obliczu pojawił się triumf. Usta

rozciągnęły się w przerażającym uśmiechu radości, a w oczach rozpalił się płomień

zwycięstwa.

Skierował swój wzrok na leżącą na podłodze postać.

- Nie doceniłem cię, Severusie. - Opuścił dłoń z listem i powoli podszedł do

nieprzytomnego mężczyzny. Popchnął go stopą, odwracając go na plecy. Zlepione

krwią włosy przykleiły się do trupio-bladej, zapadniętej twarzy, zastygłej w wyrazie

bólu. Pochylił się nad nim i przesunął końcem różdżki wzdłuż głębokiego rozcięcia na

policzku. - Spisałeś się dossskonale. Dossskonale. Po raz kolejny udowodniłeś, że

jesteś jednym z moich najlepszych sług.

Zatrzymał różdżkę nad jego sercem, przymknął powieki i zaczął inkantować długie,

niezrozumiałe zaklęcia. Z jego różdżki spłynął żółtawy blask, przenikając

zmaltretowane ciało i powoli zasklepiając otwarte wciąż rany. Płynąca po podłodze

krew zaczęła się cofać i wnikać z powrotem w rozcięcia na skórze.

Trwało to długo. Zakończyło się dopiero wraz z pierwszymi promieniami słońca

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги