Snape'a na niemal pewną śmierć. To przez niego Snape musiał wrócić do
Voldemorta, to przez niego stał się takim potworem... To z powodu jego egoistycznej,
małostkowej decyzji Snape zapragnął się uwolnić i wykorzystał do tego Harry'ego.
Obaj byli siebie warci.
Ale to nic. Nie będzie o tym myślał. Teraz to już nieważne. Wszystko jest nieważne.
Pozostawił za sobą tamto życie, tamte uczucia, tamte marzenia... Teraz ma pewien
cel do zrealizowania. Musi tylko poczekać na odpowiedź Voldemorta.
Przez całą noc nie zmrużył oka. Był niespokojny, kręcił się w łóżku, wciąż spoglądał
w okno, wyczekując...
Czy sowa dotarła? Czy zdążyła na czas? Czy podstęp zadziałał? Czy Voldemort
otrzymał list? Czy zgodził się na jego układ, czy też wiadomością zwrotną będzie...
nieruchome ciało leżące u bram zamku?
Mógł tylko wierzyć, że Voldemort nie będzie chciał zmarnować takiej szansy. Harry
podawał mu się praktycznie na srebrnej tacy. Czy nie o to mu chodziło? Czy nie to
chciał osiągnąć?
Kiedy nadszedł ranek, wstał, ubrał się i bez słowa opuścił szpital, ruszając do wieży
Gryffindoru. Było jeszcze zbyt wcześnie, aby mógł kogokolwiek spotkać. Pokój
Wspólny był opustoszały, pogrążony w sennej ciszy oraz mglistym półmroku. Harry
usiadł przed kominkiem i patrzył, jak płomienie liżą rozżarzone drewno. I zastanawiał
się, czy jeszcze kiedykolwiek poczuje w sobie podobne płomienie, ponieważ
wydawało mu się, że żaden ogień nie jest w stanie roztopić takiego lodu...
***
Podczas gdy Hermiona i Ron przebywali na śniadaniu, on poszedł pod salę Historii
Magii. Nie udało mu się jednak do niej dotrzeć, ponieważ po drodze dopadła go
profesor McGonagall. Zbeształa go za opuszczenie szpitala bez pozwolenia i nie
chciała uwierzyć w to, że Harry czuje się już świetnie. Zaciągnęła go do pani Pomfrey
na badania, ale pielęgniarka, po wykonaniu kilku testów, stwierdziła z zaskoczeniem,
że Harry rzeczywiście wydaje się być już niemal całkowicie zdrowy i że najwyraźniej
przesadziła w nocy z oceną jego stanu, a to, co wzięła za niemal agonalne
przemarznięcie było spowodowane dziwnym szokiem, w którym się znajdował.
To stwierdzenie pociągnęło za sobą kolejną serię pytań, którymi zarzuciła go
McGonagal , pragnąc dowiedzieć się, co doprowadziło do tego, że znalazł się na
błoniach w takim stanie.
Tego było już zbyt wiele...
- To nie wasza sprawa - odpowiedział w końcu, wstając z łóżka i zarzucając na ramię
swoją torbę. - Byłbym wdzięczny, gdyby zostawiła mnie pani w spokoju, pani
profesor. To szkoła, a nie więzienie, a wydaje mi się, że przez cały czas jestem pod
pilną obserwacją i nie mogę sobie nawet nabić guza, żeby nie zrobiono z tego
wielkiej afery. Może mi pani odebrać punkty za złamanie szkolnego regulaminu, ale
wszystko inne jest moją osobistą sprawą i chciałbym, aby pani to uszanowała.
Po tych słowach Harry odwrócił się i po prostu wyszedł, pozostawiając zarówno
McGonagal jak i Pomfrey w stanie lekkiego szoku.
McGonagal nie była głupia. Wiedział, że zapewne zaraz pobiegnie do Dumbledore'a,
aby zanieść mu dokładne sprawozdanie z zachowania Harry'ego, ale uszanuje jego
prośbę. A tylko na tym mu zależało. Aby zostawiono go w spokoju.
***
W Wielkiej Sali panował zwyczajowy harmider. Uczniowie Hogwartu nie potrafili jeść
w ciszy. Posiłki odbywały się w kakofonii setek głosów, śmiechów, krzyków, a
czasami nawet wybuchów.
Ale Harry ich nie słyszał. Siedział otulony absolutną ciszą, przyglądając się
roześmianym twarzom, przejętym twarzom, twarzom ludzi, którzy cieszyli się, bawili,
denerwowali i zajmowali wszystkimi tymi cudownie błahymi sprawami, którymi on też
kiedyś się zajmował, ale teraz to wszystko przestało mieć jakiekolwiek znaczenie.
Ponieważ wszystko się zmieniło. Wszystko, co było dla niego ważne, każde
mocniejsze uderzenie serca, każda z emocji, które przez tak długi czas wypełniały
jego wnętrze... wszystko pozostawił tam, na śniegu. Pozwolił, aby zamarzło. Aby
zniknęło. Teraz pozostała tylko cisza, która otaczała go niczym mur, nie
przepuszczając do środka żadnych dźwięków.
Nikt, żaden z tych wszystkich otaczających go ludzi nie wiedział tego, co on... żaden
z nich się nie domyślał... żadnego nie czekał taki los... Patrzył na nich wszystkich i po raz pierwszy w życiu widział ich tak wyraźnie. Niczym na zwolnionym filmie.
Pogrążonych w swoich małych problemach, uwikłanych w zwyczajne, może i
zagmatwane, ale w gruncie rzeczy bardzo błahe relacje... myślących, że świat kręci
się tylko wokół nich i nigdzie indziej nie istnieje. A istniał. Bardzo wyraźnie, czasami nawet brutalnie. Tylko że prawie nikt nie zdawał sobie z tego sprawy.
Nawet Ron, śmiesznie wykłócający się z nim o to, że ma jakiekolwiek szanse w
starciu z grupą wyszkolonych zabójców. Harry doskonale poznał metody ich
działania. Znał przecież jednego z nich. Właśnie z tego powodu czuł przed nimi
respekt. Ale Ron tego nie wiedział. Myślał, że jest wszechpotężny... że potrafi
dokonać czegoś, z czym nawet Moody sobie nie poradził. Najlepszy auror, jakiego
Harry kiedykolwiek znał.
Każdego z nich czekał taki sam los. Jedynym sposobem, aby ich przed tym uchronić