Zgarnął pióro, atrament oraz pergamin, uchylił ciężkie drzwi i ruszył do sowiarni.
Jakikolwiek bieg wydarzeń by nie przyjął, cokolwiek nie próbował wymyślić...
wszystkie prawdopodobne drogi kończyły się w tym samym miejscu. Na śmierci
Snape'a.
Oczywiście mógł się mylić. Ale silne przeczucie mówiło mu, że jednak miał rację.
Próbował ułożyć w głowie jakiś plan działania. A w zasadzie nawet nie musiał go
układać. Wiedział, co miał zrobić. Wiedział, co powinien zrobić. Teraz nie było już
niczego, co mogłoby go powstrzymać. Pozostała mu tylko jedna, jedyna droga. Nie
było żadnych alternatyw. Mógł w końcu pozwolić sobie na to, aby zanurzyć się w
przygotowanym dla niego od dnia narodzin nurcie. Nie miał już niczego, czego
mógłby się złapać, aby próbować się z niego wydostać albo przynajmniej opóźnić
chwilę, w której nurt zabierze go nad samą krawędź wodospadu i pozostanie już tylko
jedna droga. W dół.
Wszedł do sowiarni. Hedwigi nie było. Pewnie wyruszyła na nocne polowanie, ale to
dobrze. I tak nie miał zamiaru jej używać. Była zbyt charakterystyczna, a nikt nie
mógł się dowiedzieć.
Przez pozbawione szyb okna wpadały płatki śniegu i lodowate podmuchy wiatru.
Harry wziął kopertę z maleńkiej, stojącej w kącie pomieszczenia szafki, usiadł pod
ścianą, ustawił obok atrament, rozwinął na kolanach pergamin i zaczął pisać:
Spotkam się z tobą za dwa tygodnie. Przyjdę sam. Będziesz mógł zrobić ze mną, co
zechcesz albo - jak wolisz - to ja zrobię, co zechcesz. Ale mam jeden warunek.
Snape ma wrócić do Hogwartu cały i zdrowy. Nie zabijesz go ani nie zrobisz mu
krzywdy. Jeśli dowiem się, że coś mu się stało i jeżeli nie wróci do Hogwartu o
własnych siłach, to przysięgam, że już nigdy więcej mnie nie zobaczysz. Nigdy.
Ukryję się w takim miejscu, w którym mnie nie znajdziesz.
Nie powiesz nikomu o tym liście. Żadnemu ze swoich Śmierciożerców. Nikt nie może
wiedzieć, że się spotykamy. Czekam na odpowiedź z instrukcjami, o której godzinie i
w którym miejscu mam się zjawić.
Harry Potter
Jeszcze raz przeczytał list i westchnął głęboko.
Nie miał zamiaru być ofiarą. Nie miał zamiaru podłożyć się Voldemortowi. Napisał tak
tylko dlatego, aby Voldemort zgodził się na jego układ. O ile się zgodzi...
Poprosił o czas. Poprosił o te dwa tygodnie, aby chociaż móc spróbować się
przygotować. A potem pójdzie do Voldemorta i będzie z nim walczył. Och, nie
oszukiwał się, że ma jakiekolwiek szanse, ale zrobi wszystko, wszystko, aby
przynajmniej zabrać go ze sobą...
Nie wiedział, gdzie przebywa jego wróg. Mógł się tylko domyślać. Dlatego jako
adresata wybrał Lucjusza Malfoya, który był przecież jednym z jego najwierniejszych
sług. Na pewno miał z nim kontakt. Ale jak sprawić, by wiadomość dotarła
natychmiast? Liczyła się każda sekunda, o ile nie było już za późno...
Groźba. To było to. Wszyscy Śmierciożercy bali się gniewu Voldemorta. Musi
sprawić, aby uwierzyli, że Voldemort pilnie czeka na tę wiadomość i jeżeli nie
otrzyma jej najszybciej, jak to możliwe, to bardzo surowo ich ukarze.
Dopisał na kopercie jeszcze jedno zdanie, zalakował ją za pomocą różdżki, wstał z
lodowatej podłogi i rozejrzał się. Na najwyższej żerdzi siedziała duża, czarna sowa.
Wyglądała na silną i szybką. Powinna sobie poradzić z zadaniem. Przywołał ją.
Podfrunęła do niego z ociąganiem.
- Zaniesiesz tę wiadomość do Lucjusza Malfoya w Malfoy's Manor - powiedział,
przywiązując jej list do nóżki. - Ale spiesz się. To bardzo pilne.
Sowa popatrzyła na niego swoimi wielkimi bursztynowymi oczami i zaskrzeczała
głośno. Podszedł z nią do okna.
- Leć - powiedział, wyciągając rękę. Ptak rozpostarł skrzydła i odfrunął w ciemność,
bardzo szybko zlewając się z mrokiem.
Snape musi żyć. Musi.
Nieważne, co zrobił. Nieważne, jak bardzo go skrzywdził. Był częścią życia, które
Harry pozostawił za sobą. Był jedyną osobą, którą obdarzył uczuciem. I nawet, jeżeli
ten mężczyzna okazał się tym, kim się okazał... to nie mógł pozwolić mu umrzeć.
***
Nie miał ani ochoty, ani zamiaru z nikim rozmawiać. Więc dlaczego wszyscy uparli
się, żeby zadręczać go pytaniami i swoją obecnością? I tak nic nie wiedzieli, nic nie
rozumieli.
Zaraz po wyjściu Rona i Hermiony w szpitalu zjawiła się profesor McGonagal wraz z
Dumbledore'em, ale Harry jedynie odwrócił się do nich tyłem, przykrył po samą brodę
i udawał, że śpi. Nie spodziewał się, że dyrektor w to uwierzy, ale po pierwszym
pytaniu, na które Harry mu nie odpowiedział, zrezygnował z kolejnych, najwyraźniej
wyczuwając, że Harry nie ma najmniejszej ochoty z nim rozmawiać. Odszedł na bok
z profesor McGonagal i przez chwilę rozmawiał z nią półszeptem, po czym opuścił
szpital, pozostawiając Harry'ego pod opieką pani Pomfrey.
Dumbledore... zawsze był kimś, komu Harry bezgranicznie ufał, ale po tym, co
zobaczył w tych nieszczęsnych wspomnieniach, całe zaufanie runęło jak wieża o zbyt
słabych fundamentach, pozwalając mu nareszcie przejrzeć na oczy. Dumbledore
okazał się... takim samym manipulantem jak inni. Wykorzystywał wszystkich wokół,
aby osiągnąć swój cel. Potrzebny był mu szpieg, więc bez cienia wahania wysłał