No już, myślał niecierpliwie, już się donokało, już się musiało donokać, nie szyszłę ich krzyczków, a i aeromat już nie szumni, zaraz, czy ja odchydam? Powietrza, pojecza, powlecza, poleczą — ajch, i nie bolą mnie nogi, nie boli mnie gwoła, zazar, moja gwoła, mszę doktnąć, alalale jak — zazar, zazar, bo zamopnę, ćciałem odchydnąć, ołaś nie ałeru, ałeru! Bym oklężnął, to ja, to mjon od Blebeleka, nie plwiem szecie w bezchydu — banie Belbeblele, banieblebleblebleblelblelebelelelbeleelele…! Obże, nidieję! Najwir odczuwla zbóje, i w lepiczyklu, w żażnej korbicie, jak się growija, mabóla, hyrjo, hyrjo, ładłbym naklana, rybym jał lana, szy ja młam jejejejeszcze, nieptle. Bon mnje wżynra, nikadię najdu, inuta inucie, szlę atoję w baniebelbelebelelelelelelelelelele — akker mnie mię! Akker mnie mię! Je zmopnieć! Alelelele mjon usz zmopinam, w żażnym pietle gadzi siężycowych, tak szlę kobluje. Szyjatowidzę, szyjatoszyszłę, szyjatoszuję, njem. Njem sztaku zabreźnych, turych natszy, obratszy, oj takszy napomli, obrażny na kwiastach, szałym kozmoziecie, szałym lisie: traz! Ikjuż mybylko chon, oblaz, objaz, obumarszy, nawsze mjon: banbelbebleblelelelelelelelelelelelelelelelelelelelelelelelelelelelelele lelelelelelelelelelelelelelelelele eleleleeleleleleleeeleelelelllelelelelelelllelelelelelellelle leeeelellelelllelelellllleleeleelelelllllelelelelelellellelleee

<p>Ů</p><p>Pan Berbelek</p>

Pan Berbelek zakłada aetheryczną zbroję. Nie było odpowiednio dużej, księżycowi demiurgosi uranoizy musieli ją wykuć i zestroić specjalnie na miarę pana Berbeleka. Na plecach, nad łopatkami, na kościach międzyaetherowych zaczepione zostały pąki ikarosowe; prawie ugina się pod ich ciężarem. Między pąkami słudzy zawieszają kolczugę ze Skolioxyfosem, przy każdym poruszeniu jelec trze o rozpędzoną kryzę zbroi. Jeszcze wirkawice, okółhełm, pan Berbelek poprawia pod nim ruchem brwi i warg białą maskę aeromatu — dwa kroki po elastycznym jęzorze, wysuniętym z rozwartej na oścież gęby ćmy, i zstępuje na krawędź gwiezdnej otchłani.

Przed nim, pod nim, nad nim, dokąd sięga wzrokiem na ciemnym gwiazdoskłonie — gorzeje bitwa. Siódma godzina rzezi w sferach niebieskich, od nieustannego grzmotu trzęsie się nawet „Mameruta”, wszyscy mają zalepione woskiem uszy i porozumiewają się na migi, rozsadzająca czaszkę kakofonia niesie się przez aether, wydaje się, że drży nawet sfera gwiazd stałych. „Mameruta” idzie ostrym kursem przez ogień bitwy, płoną poszarpane skrzydła, zgrzyta i jęczy wirująca konstrukcja, trudno utrzymać równowagę na gładkim jęzorze. Astrolog Labiryntu po raz ostatni wskazuje gwiazdy azymutowe, pan Berbelek unosi rękę, doulosi szarpią za boczne pyrsieci, jęzor wpada w wibracje,

fala żaru od bliskiego pyrownika zaburza obroty ćmy, ktoś wypada z jej gęby, paniczny wrzask ginie w hałasie bitwy… Pan Berbelek skacze w otchłań.

Spada. Napręża morfoczułe kości ikarosowe, mikromakiny uranoizowe zmieniają orbity wiązadeł i skrzydła natychmiast zaczynają rozkwitać, raz, dwa, cztery, osiem, szesnaście, trzydzieści dwa, płaszczyzny ażurowego cienia rozwijają się za nim z misternie złożonych pąków, z każdą sekundą coraz szybciej. Po dwudziestu sekundach rozpostarł się już prawie na pół stadionu; upadek ku centrum świata, ku niewidocznej Ziemi, zostaje powstrzymany. Poprzez delikatne napięcia morfy będzie teraz sterował kątem nachylenia skrzydeł, wychwytując uranoizę tylko z tych epicykli, które poniosą go do obranego celu.

Cel — nie spuszcza go z oczu. Kilka minut wcześniej przeszły tędy dwa enneony Hierokharisa, oczyszczając drogę dla pana Berbeleka, a w każdym razie tę jej część, którą mogły oczyścić; razem z nimi, pod sztandarem wnuka Pani, poszła w bój Aurelia Krzos. Ikarosy nie są jednolicie ciemne: jeśli się dobrze przyjrzeć, można dostrzec subtelne wzory wytrawione w skrzydłach, symetryczne zapętlenia żył aerowogesowej alkimii — różne dla różnych formacji Jeźdźców Ognia. Pan Berbelek wypatruje ryterów Hierokharisa. Tam. Sprawdza położenie gwiazdozbiorów wyznaczających drogę do obliczonego przez astrologów serca Skrzywienia. Tam. Napręża ikarosy. Zmiana kierunku lotu oznacza zmianę wysokości i natężenia dźwięku, z jakim aether kosmiczny ściera się z aetherem zbroi — najlepsi nawigatorzy żeglują z zamkniętymi oczyma, wsłuchując się jedynie w muzykę sfer niebieskich.

Перейти на страницу:

Похожие книги