Z lewej, nad ramieniem pan Berbelek ma płonący Jowisz. Planeta, rozmiarów połowy Księżyca, z tej odległości wielka jak afrykańskie Słońce, płonie od pięciu godzin. Trafił ją rykoszet wyjątkowo potężnego pyrownika, od niego wybuchły na jej powierzchni alkimiczne transmutacje, stopniowo obejmując koroną purpurowego ognia cały Jowisz, od bieguna do bieguna. Tego astromekanicy Pani nie przewidzieli; Jowisz to splątany węzeł cefer aetherowohydorowych i atherowogesowych, nikt nie przypuszczał, że to się zapali. Teraz ciągnie się za nim zakrzywiony ogon płomieni, długi na tysiące stadionów. Najwyraźniej astromekanicy Labiryntu odkryli właśnie pochodzenie komet. Żar Jowisza idzie przez aether szybkimi falami, od których marszczą się i skręcają ikarosy. W tych sferach i tak niewiele jest arche aeru, mały aeromat nawiewa teraz w nozdrza pana Berbeleka gryzącą mieszankę ubogich w Powietrze cefer.

Bitwa toczy się na przestrzeni setek stadionów, nie widać więc śmierci poszczególnych żołnierzy i destrukcji każdego okrętu, nie widać samych zmagań — jedynie ich pośrednie skutki. Gdy przez aether uderza pyrownik, na moment odwracają się barwy całego gwiazdoskłonu i gorąca biel poraża źrenice. Zaraz nadchodzi huk i podmuch suchego pyru, strącający hyppyroi z ich epicykli i łamiący szkielety ikarosów. Astromekanicy prowadzą ostrzał wzdłuż granic aur kratistosów, od zewnątrz do wnętrza zatrzaśniętego Kwiatu. Czasami jednak matematycy nieba mylą się w swych obliczeniach albo też adynatosi skrzywiają w swej morfie trajektorię Ognia, i gwiezdny piorun przebija bitwę na wylot, rażąc ludzi nacierających z przeciwnej strony. Tuż przed opuszczeniem „Mameruty” dotarła do pana Berbeleka wieść, iż w ten sposób trafiona została łódź niosąca Światowida, cała armada kratistosa padła łupem adynatosów — pan Berbelek obraca na moment spojrzenie ku gwiazdozbiorowi Byka — tam powinny wejść na miejsce Światowida sąsiednie Potęgi, Król Burz i K’Azura. Ktokolwiek sądził, że udane zamknięcie Kwiatu oznacza victorię, mylił się: jeśli arretesowy kratistos nie zginie, podobnie głębokie wejście ludzkich kratistosów w jego morfę może zakończyć się obróceniem Floty Księżycowej w Drugą Flotę Arretesową.

Tymczasem Kwiat zamknięty jest już tak szczelnie, że korony kratistosów zachodzą na siebie, przenikają się. Niektórzy się wycofują, by nie walczyć przeciwko sobie nawzajem. Kurs „Mameruty” został obrany w ten sposób, by pan Berbelek wleciał do środka Floty Arretesowej pod anthosem Pani.

Kwiat zamknięty jest tak szczelnie, że pan Berbelek może gołym okiem dojrzeć flotę adynatosów i nie stanowi ona już zaledwie włóknistego kłębowiska cieni na tle gwiazd. Od chwili zapalenia Jowisza przestrzeń bitwy skąpana jest w chropowatym, rdzawokrwawym blasku, każdy obiekt posiada dwie formy: dojowiszową, w której migocze wszystkimi odcieniami czerwieni, i odjowiszową, w której roztapia się w ciemny kształt bez wyraźnych krawędzi.

Pan Berbelek szybuje w paszczę karminowego lewiatana, lewe skrzydło płomienne, prawe skrzydło w cieniu.

Krzywa Flota w Formie Illei Kollotropyjskiej objawia się pod postacią ławicy geometrycznych wielorybów, wielkich na stadiony i stadiony gwiezdnych ryb o okrągłych szczękach z rozpędzonej uranoizy. Wieloryby strzykają spod mozaikowych skrzeli spiralami pyru, palącymi pikujących na nich hyppyroi; hyppyroi zaś rozpruwają im magmowe brzuchy, tnąc podług współbieżnych epicykli. Ten sam odłam Krzywej Floty, gdy przechodził przez anthos Mauzalemy, jawił się oczom załogi „Mameruty” kryształowym lasemmiastem o strukturze odpowiadającej liniom daktylnym Mauzalemy. Jeszcze wcześniej był to rój kosmicznych ifrytów. Jeszcze wcześniej — nie poddawał się żadnemu spójnemu opisowi.

Dwadzieścia, osiemnaście, siedemnaście stadionów, wir gwiazdorybiej paszczy rośnie przed panem Berbelekiem. Oczywiście to jest zaledwie powierzchnia Skrzywienia, tak wygląda to, co w ogóle wygląda. Pan Berbelek musi zaś dotrzeć do samego środka. Tu Pani sięgnęła najgłębiej, tu Jeźdźcy Ognia uderzyli najszerszym klinem. Zabici adynatosi (czy to są adynatosi, czy jedynie ich łodzie? czy zostali zabici, czy jedynie wypchnięci z agresywnej morfy?) spadają z jowiszowych epicykli w niższe sfery. Pan Berbelek mija w locie skrzepy storturowanej Materii, ani żywej, ani nieżywej, ani ludzkiej, ani nieludzkiej. Natomiast po hypporoi nie znajdzie nawet trupów, zabijani ryterzy pyru spalają się momentalnie do chmur popiołu. Pan Berbelek zastanawia się, które z tych niezliczonych sekundowych błysków, punktujących ciemność wysokiego nieba, oznaczają śmierć Jeźdźca. Pozostają po ryterach czarne skrzydła, zaraz porywane przez chyży aether, i rozstrojone, rozpadające się zbroje.

Raz wydaje mu się, że przez hałas bitwy i wizg przecinanej uranoizy słyszy krzyk hyppyresa, obraca głowę w tamtą stronę — bezskrzydły płomień w formie człowieka spada w Skoliozę — trrrrrrrask! — pobliski pyrownik przepala czarnoczerwone niebo — gdy wraca ciemność, pan Berbelek nie jest już pewien, co widział.

Перейти на страницу:

Похожие книги