Odwrócił wzrok — teraz odróżniał wzrok od reszty zmysłów — rozejrzał się wokół. Na jego oczach, co mrugnięcie, wyjawiały się Substancje coraz lepiej mu znane — nie zastanawiał się, jak to możliwe, nie wydało mu się podejrzane w jego oczach ciężka Skolioza kondensowała się w Formy, które już mógł wskazać i nazwać: podłoga, ściany, okna, ogień, woda, światło, cień, popiół, kula, rury, piramida, płomień, włosy, gwiazdy, skrzydło, krata, perpetuum mobile, kij, sznur, łańcuch, rzeźba, stół, lichtarz, amfora, tron, jedwab, kobierzec, krew.
Krew płynęła coraz szerszym strumieniem, mieszała się z krwią pana Berbeleka, słyszał teraz także coś jakby rzężący oddech, na poły zwierzęcy, na poły mekaniczny, tchnienie gorących miechów. Do rytmu drżało całe pomieszczenie, płaszczyzna, posadzka, na której stał, i dokolne mozaiki światła i cienia, i samo powietrze, tłusty aer, lepiący się do gardła i nosa. To już koniec, ramię bolało go od zamachów ciężkim Skolioxyfosem, tamten przestał rzęzić, to już koniec. Za oknem wschodzi dymiący Jowisz, widzę na gwiazdoskłonie cienie ikarosów hyppyroi, coraz bliższe, to znowu jest ta chwila, gdy stoję w komnacie pokonanego kratistosa. Dwadzieścia trzy, dwadzieścia cztery, dwadzieścia pięć. Wziął głębszy oddech, zamrugał. Kikutem lewej dłoni starłszy zalewającą oczy krew, obrócił głowę, uniósł wzrok. I z ostatnim cięciem krzywego ostrza pan Berbelek zrozumiał wyraz twarzy umierającego adynatosa.