Пачалі раз'язджацца — хто да аўтобусавага прыпынку, а хто да чыгуначнага, каб паспець на фабрычную гадзіну работы, вельмі паспешліва развітваючыся з маладою параю, усё роўна што баючыся пачуць ад яе: „Забярыце нас адсюль, молім, забярыце!.."

У такі час, калі праводзіш вясельнікаў за вёску, у дарогу, і, дайшоўшы з імі аж да Відушчае гары, паглядзіш на віднеючы ўдалечыні начны горад, дык ці не здасца ён табе вялізным могільнікам у Свята Памёрлых з безліччу свяшчэнных вогнікаў у густы лістападаўскі вечар?

Wiocha — bogini zawstydzenia

Za światłami Białegostoku, za ostatnimi ulicami, rozszczepionymi na drzazgi podmiejskich ścieżek i dróżek, w dolinie za pogórkami ciemnieje wioska. W wiosce nie widać owych tysięcy świateł Białegostoku, jedynie łuny, jakie oświetlają gwiazdy na niebie, zazdrosne gwiazdy mroźnej nocy. Tej nocy nie stoję na wzgórzu za wioską, siedzę w cieple przy oknie i patrzę nie wiadomo gdzie. W chacie huczy wesele i śpiewają "sto lat", a mnie jakoś smutno.

Odbywa się wiejskie wesele: dokoła stołów ze stu gości, na stołach litry z czerwoną kartką, z boku muzykanci, a wszyscy śpiewają pieśń za pieśnią i raz po raz piją "do dna" i "do końca". I wszyscy gadają równocześnie, wszyscy do wszystkich, sąsiad do sąsiadki, sąsiadka do sąsiada, i nikt nikogo właściwie nie słyszy. Wesele jak to wesele.

A mnie jest smutno. Smutno już nie dlatego, że goście weselni czynią wszystko, żeby wesele nie było czasem wiejskie — żeby było miastowe, jak w mieście. "Rawieła bura, dożdż szumieu"... przycichła i zginęła całkiem w wielogłosie weselnych Ren Rolskich, Wojciechów Młynarskich, Iren Santor. Kolejka krasomówców zachłysnęła się "aktami ślubnymi", "proszępanami" i jeszcze czymś — nie pamiętam, czym jeszcze. Czymś pożyczonym, nie swoim, ale błyszczącym jak tombakowy pierścionek w witrynie sklepu przy ulicy w śródmieściu, gdzie są neony, automaty i naperfumowane trotuary. A przecież wesele jest wiejskie, bo innych wesel nie ma w świecie, miejskich wesel nie ma. Jednym słowem — wesele.

Druhny-krewniaczki w drogich sukniach, wypiękniałe przez to poczucie, że nie są ze wsi, bo pracują w Białymstoku, a nie zjechały tutaj z sąsiedztwa. Drużbowie-swojacy w czarnych garniturach, czują się źle w chomącie manier, skradzionych miastu, ale nie pocą się aż do piątego, czy nawet siódmego kielicha. Oni też nie są wsiowi. Jedynie starzy ludzie czują się wieśniakami i na ich twarzach błąka się jakieś poczucie winy. Zdają sobie sprawę, że wszystko, co nieładne, niezdarne, może się zrodzić tylko z nich albo z ich powodu. Któryś z młodych odezwał się głośno do starego "z prosta", a stary człowiek poczerwieniał od takiego wstydu i szybko, skwapliwie odpowiedział młodemu "po miejsku".

Na weselu we wsi, gdzieś za światłami Białegostoku, rozmawiano o Wenus, bogini miłości, a ja obok niej zobaczyłem boginię wstydu, Wioskę, a mówiąc ściślej — WIOCHĘ. A może Wiocha to nieślubne dziecko Wenus? Tak byłoby lepiej, bo po cóż nam bogini wstydu? Byłoby lepiej, ale to niemożliwe, sam to widzę.

Niespodziewanie zrozumiałem swój dziwny smutek: wszyscy czekają na'smierc Wiochy! I tak jak o nieboszczyku, którego nie wspomina się źle, wesele rankiem zaśpiewało: "Rawieła bura, dożdż szumieu", "Rasćwitali jabłyni i hruszy", "Rasprahajcie chłopcy koni"... O świcie goście weselni zaczęli się rozjeżdżać: jedni do przystanku autobusowego, inni na stację kolejową, żeby zdążyć, kto ma wcześniejszą pracę.

W takiej chwili, gdy człowiek odprowadza weselników za wioskę, na drogę, gdy popatrzy z daleka, ze wzgórza, na nocne miasto, wydaje mu się ono wielkim cmentarzem w dniu Wszystkich Świętych.

Przeł. Maciej Józef Kononowicz

<p>Адысея паўмешчаніна / Odyseja półmieszczanina</p>

Адысея паўмешчаніна

Яму зайздросцяць: пабудаваў сабе жыццё!

Ён купляў цэглу за цэглай, вымуроўваў паверх за паверхам, бачыў усё далей i глядзеў радасней. Часамі ўспамінаў ён пра першую дзяўчыну ды спадцішка пасмейваўся з яе ўжо паўзабытага, задрыпанага выгляду. Жыццё ўзвышалася небаскробам, a будынкі, што навокал, усё меншыя, штораз меншыя i меншыя, такія самыя, такія самыя, аж хаваюцца яны ў парнай зеляніне паўвясковых прыгарадаў, задаволеных хлеўчуком, — у ім бессаромна тлустая свіння, адкормленая на кухонных памыях, i чародка гультаяватых курачакрабушачак, гусачак-гергятушачак, качачак-дзівачачак... Смярдзіць забяспечанасцю.

І пах ад летняй кухні, у якой жонка, выхітраваная ім дачка былога купца, што пазалетась салідна прагарэў на пасадзе кіраўніка склада i надоўга сеў у турму, смажыць прыгожанькія катлеты на аоед.

A ўвечары была бура з бліскавіцамі i вятрыскам, быццам у абы-якім кінафільме пра абы-якое жыццё...

Odyseja półmieszczanina

Zazdroszczą mu, bo umiał sobie zbudować życie.

Перейти на страницу:

Похожие книги