Odprowadziłem Tanię i syna na dworzec. Tania zasłoniła wybladłą twarz okularami przeciwsłonecznymi. Syn oglądał lokomotywy, całą tę fabrykę podróży.

— Szczęśliwej drogi! — mówię, ale syn nie słyszy.

— Tato! — krzyczy radośnie.

Parowóz zagwizdał.

Posiedziałem z nimi w przedziale i wyszedłem na peron — plażę pożegnań, gdzie przypieka samotność. Zaraz odjadą. Jeszcze tu są blisko mnie, lecz już ich nie ma.

Tania i syn wysiądą za Bielskiem, na drugim przystanku. Wprost w zapach pól, w Podbielu. A ja zejdę z peronu w żar ulicy, i będzie mi dobrze, że podarowałem im lato. Podejdę do kiosku z piwem, ale kupię sok jabłkowy, schowam się w cieniu, gdzieś pod betonową zasłonę i będę tam pić, zadzierając głowę na ceglaną ścianę, co podpiera niebo... Pewnego razu we wrześniu, w niezwykle upalnym wrześniu, w pierwszą niedzielę wybrałem się z obydwoma synami na stawy pod Białymstokiem. Dzieci biegały po grobli, oślepione słońcem. Ubrania schowały w wysokiej trawie, pod brzozą. Sam też się rozebrałem, popłynąłem do zatoczki, woda była tam wygrzana.

Dzikie kaczki wystraszyły się mnie i jedna za drugą schowały w trzcinie; spore stadko. Nad dnem — spokój jesieni i karpie-leniuchy, zdawało się, że pachną smakowicie... I przytulnie, pewnie dlatego, że widać wodorosty, widać dno i ryby, nawet kaczki, co schowały się w gęstwinie tataraku. Cisza, w głowie aż się kręci. Starszy syn, niczym zaniepokojony niedźwiadek na złocistej polanie, czujnie patrzy w moją stronę, krzyczę, żeby biegł do mnie. Ech, cudownie...!

Pociąg coś nie odchodzi, choć już czas.

... Po tygodniu przyszedł list od syna: "W Mokrym jest ładnie. Zrywam wiśnie. Na podwórku jest siedem kurcząt i krowa, cztery gąsięta, jedno ma wykręconą łapkę. Kogut ma podbite oko i na wszystkich skacze. I są trzy gąski, gąsior nie szczypie. Czasem jeżdżę wozem i koń mnie się słucha. W lesie jest bardzo zielono. Kąpiemy się w rzece Białej. Robimy zdjęcia".

Jakie to podobne do lata w Borsukowinie, chutorze mojej matki: zagroda na skraju żywicznego boru, suszone grzyby, miód z woszczyną, masło w źródlanej wodzie, sierpy zatknięte za strzechą, ciepło wieczornej pogwarki. Bez swojskiej rozmowy po białorusku — nie ma lata! Dlatego i lato w Mokrem jest takie piękne.

— Taniu! — krzyczę do żony w oknie wagonu, choć może nie słyszy.—Pamiętajcie, pójdźcie do lasu...

Nareszcie pociąg rusza.

Przeł. Zbigniew Nasiadko

<p>За Ярашоўкаю / Za Jaroszówką</p>

За Ярашоўкаю

За Ярашоўкаю, калі ісці лесам улева, можна напаткаць даліну.

Летам — я, Таня i дзеці — ходзім у даліну, што за Ярашоўкаю. Дзеці бягуць па кветках аж да канца i вяртаюцца. Я размаўляю з Таняй аб цяперашніх ураджаях, якія нават i не сніліся нашым дзядам ды бацькам...

У даліне — сажалкі. У ix спелая вада. Над шпакоўняй далёкай застаўкі хіліцца чыстабелая чаромха. Мы прыкмецілі, што да яе прыходзяць хлопец з дзяўчынаю. Ён дорыць ёй галінку ўсхваляванасці. Яны нічога не гавораць, i доўга стаяць.

У бабіна лета мы аблюбавалі сабе месцейка ў зацішшы маладняку, што выгусціўся над далінаю. Над старым лесам. Тут настой з цішыні i жывіцы.

Адыходзілі мы дамоў, калі сонца ўжо гняздзілася ў аголеных пагорках. За пыльнаю дарогай.

Я адразу не сказаў, што мы прыходзім сюды таму, што над гэтымі сажалкамі некалі была чужая гаспадарка, якая забрала лепшыя гады маёй маці. А яшчэ i таму, што мне ўсё не верылася, каб у такой цудоўнай даліне чалавек ад гора выплакаў вочы! І яшчэ для таго, каб нарадавацца ды наслухацца бесклапотнага смеху маіх дзяцей. Малодшаму з ix восем гадоў.

Восем гадоў было маёй маці, калі стала яна батрачкай у заможнага гаспадара, што валодаў гэтай далінай. Маладосць яе прайшла бокам, за гарамі-лясамі.

Za Jaroszówką

Za Jaroszówką, gdy się odbić w las z lewej strony, można wejść w dolinę.

Latem, ja, Tania i dzieci chodzimy tam właśnie. Dzieci biegną po kwiatach aż do końca radości i powracają. Ja rozmawiam z Tanią o tegorocznych urodzajach: naszym dziadkom i ojcom takie się nawet nie śniły...

W dolinie — sadzawki. Z dojrzałą wodą. Nad domkiem dla szpaków chyli się nieprawdopodobnie biała czeremcha. Zauważyliśmy, że spotykają się pod nią chłopiec i dziewczyna; wręczana jej gałązka jest jak wciąż nowe wyznanie miłości. Potem długo milczą.

W czas babiego lata naszym ulubionym miejscem był zaciszny młodniak gęściej ący obok starodrzewu. Ze stężałym ekstraktem cichości i żywicy: dzieci bawiły się przy nim leniwie i często odpoczywały.

Wracaliśmy do domu, kiedy słońce gnieździło się już między wygolonymi pagórkami; za tonącą w kurzu drogą.

Nie od razu powiedziałem, że przychodzimy tu dlatego, ponieważ nad tymi sadzawkami było niegdyś duże gospodarstwo, które zabrało najlepsze lata mojej matce. Także dlatego, iż nie mogłem uwierzyć, aby w takiej cudownej dolinie człowiek mógł wypłakać oczy z nieszczęścia. I jeszcze po to, by napatrzeć się i nasłuchać błękitnego śmiechu moich dzieci. Młodszy ma osiem lat.

Перейти на страницу:

Похожие книги