Veda Kong weszła do kryształowego pokoju i powiedziała, że w dalszą drogę powiezie ich radiooperator. Krótko ostrzyżona dziewczyna wyraziła jej swoją wdzięczność długim spojrzeniem. Poprzez przejrzystą ścianę widoczne były szerokie plecy pogrążonego w zadumie Dara Wiatra.
— O czym pan tak myśli? — usłyszał głos za sobą. — Może o mnie?
— Nie, Vedo, myślałem o pewnym twierdzeniu filozofii staroindyjskiej, które głosi, że świat nie jest stworzony dla człowieka, a sam człowiek staje się tylko wtedy wielki, gdy pojmie całą wartość i piękno innego życia, życia przyrody…
— Pan czegoś nie dopowiedział, więc nie rozumiem.
— Chyba powiedziałem wszystko. Dodałbym, że tylko człowiek jest w stanie pojmować piękno i ciemne strony życia. I tylko jemu dostępne jest marzenie o tym, aby uczynić życie lepszym. Tylko człowiek jest do tego zdolny.
— Rozumiem — cicho odparła Veda. I po dłuższym milczeniu dodała: — Pan się zmienił, Wietrze.
— Naturalnie, że się zmieniłem. Przez cztery miesiące grzebać się w kamieniach i na pół zbutwiałych balach! Mimo woli życie wydaje mi się prostsze, a jego zwykłe radości stają się przyjemniejsze…
— Proszę nie żartować, Wietrze, mówię poważnie — zachmurzyła się Veda. — Kiedy poznałam pana, rozkazującego wszystkim siłom Ziemi, prowadzącego rozmowy z odległymi światami… Tam, w waszych obserwatoriach, mógłby pan stać się nadprzyrodzoną istotą starożytnych, bogiem, jak oni to nazywali! A tu, przy naszej prostej pracy, jest pan jednym z wielu… — Veda zamilkła.
— Czyżbym stracił miarę własnej wielkości? Ale co by pani powiedziała widząc mnie wtedy, kiedy jeszcze nie byłem członkiem Instytutu Astrofizyki, lecz zwykłym maszynistą Drogi Spiralnej? Czy w nim jest mniej wielkości? Albo w mechaniku maszyn zbierających owoce w tropikach?
Veda zaśmiała się.
— Zdradzę panu tajemnicę dziewczęcej duszy. W szkole trzeciego cyklu byłam zakochana w maszyniście Drogi Spiralnej. Nikt inny nie wydawał mi się tak potężny… Idzie nasz radiooperator. Jedziemy, Wietrze!
Lotnik nie wpuścił Vedy i Dara Wiatra do kabiny, póki się raz jeszcze nie upewnił, że ich zdrowie jest w dobrym stanie i że zniosą wielkie przyspieszenie odrzutowca. Jak widać, surowo przestrzegał regulaminu. Gdy po raz drugi otrzymał odpowiedź pozytywną, posadził podróżnych w głębokich fotelach w przedniej części samolotu, podobnego do wielkiej kropli deszczowej. Vedzie było niewygodnie: siedzenia opadały do tyłu w zadartym do góry kadłubie. Zadźwięczał gong sygnałowy i potężna sprężyna podrzuciła samolot prawie prostopadle wzwyż. Veda miała wrażenie, że jej ciało zanurzyło się nie w fotel, lecz w gęstą ciecz. Dar Wiatr z wysiłkiem obrócił głowę, żeby się do niej uśmiechnąć i dodać jej odwagi. Lotnik włączył silnik. Ryk, uczucie gniotącego ciężaru w całym ciele — i przypominający kroplę samolot pomknął opisując parabolę na wysokości dwudziestu trzech tysięcy metrów. Zdawało się, że minęło zaledwie kilka minut, a już podróżni, czując słabość w kolanach, wychodzili z aparatu przed swoim przenośnym domkiem w podałtajskich stepach. Lotnik dawał im znaki ręką, by odeszli jak najdalej. Dar Wiatr zrozumiał, że silnik będzie włączony tym razem na ziemi. Nie było tu katapulty jak w bazie. Ciągnąc za sobą Vedę pomknął ku biegnącej na ich spotkanie Miiko Eygoro. Kobiety rzuciły się w sobie w objęcia jak po długiej rozłące.
5. Koń na dnie morskim
Ciepłe i przezroczyste morze lekko kołysało swoje zadziwiająco jaskrawe, zielonobłękitne fale. Dar Wiatr z wolna wszedł w wodę sięgającą mu po szyję i rozpostarł ręce starając się utrzymać na pochyłym dnie. Wpatrując się migotliwą dal, czuł się jedną z niezliczonych cząstek tego nieogarnionego żywiołu. Tu, do morza, przyniósł swój od dawna nurtujący go smutek. Był to smutek rozłąki z porywającą wielkością kosmosu, z bezgranicznym oceanem poznania i myśli, z surową samotnością każdego dnia życia. Jego istota uległa teraz całkowitej przemianie. Wzmagająca się miłość do Vedy upiększała dni pracy, do której nie był przyzwyczajony, i była osłodą wśród smutnych rozmyślań. Z entuzjazmem ucznia poświęcił się badaniom historycznym. Rzeka czasu odzwierciedlająca się w jego umyśle pomogła mu zrozumieć przemiany życia. Był wdzięczny Vedzie Kong za to, że z właściwą sobie subtelnością zorganizowała podróż po kraju przeobrażonym pracą człowieka. Wobec ogromu morza i w porównaniu z wielkością dokonanych na ziemi prac, własne straty malały. Dar Wiatr zaczynał się godzić z tym, co było już nieodwołalne, choć mu to bardzo trudno przychodziło.