— Moim gorącym pragnieniem — ciągnął Kart San — jest zebrać i zgromadzić najczystsze ziarna przepięknej autentyki odczuć, form, barw rozproszonych w pojedynczych jednostkach i zamknąć je w jednym kształcie ludzkim. Odtworzyć starożytne postaci i uwydatnić piękno każdej z ras, które się obecnie zupełnie przemieszały. Tak więc „Córa Gondvany” — to jedność z przyrodą, podświadoma wiedza o istocie związku zjawisk i rzeczy, czarująca prostota uczuć, które mają jeszcze wiele wspólnego z instynktem. „Córa Morza Śródziemnego” natomiast — to cały świat uczuć i bogactwo ich odcieni. Tu mamy już inny stopień łączności 7, przyrodą — poprzez doznania, a nie przez instynkty. To już jest siła. Siła Erosa. Tak sobie to przynajmniej wyobrażam. Ten typ kobiety mógł się wykształcić tylko w kręgu kultur starożytnych, kreteńskiej, helleńskiej, etruskiej i hinduskiej. Jakże się cieszę, że spotkałem Czarę! W niej przypadkowo łączą się rysy antycznych Greków, Kreteńczyków i znacznie późniejszych ludów Indii Centralnych.
Veda uśmiechnęła się, jakby stwierdzając słuszność swego domysłu, a Dar Wiatr szepnął jej, że trudno marzyć o lepszej modelce.
— Jeśli mi się uda „Córa Morza Śródziemnego”, zabiorę się do wykonania trzeciej części zamierzenia. Będzie to złotowłosa lub jasno-ruda kobieta Północy, o oczach spokojnych i przejrzystych, wysoka, odrobinę powolna, uważnie wpatrująca się w świat, podobna do starodawnych kobiet z rosyjskiego, skandynawskiego czy angielskiego ludu. Dopiero, potem mógłbym się pokusić o stworzenie postaci kobiety współczesnej, która by w sobie łączyła najlepsze cechy swych trzech poprzedniczek.
— Czemuż to tylko „córy”, a nie „synowie”? — uśmiechnęła się Veda.
— Czyż mam wyjaśniać, że piękno kobiety jest bardziej skończone i w sposób doskonalszy wycyzelowane wedle praw fizjologii?… — zachmurzył się malarz.
— Kiedy pan zacznie malować swój trzeci obraz, niech się pan przyjrzy Vedzie Kong — rzekła Evda Nal.
Malarz szybko powstał.
— Pani myśli, że nie widzę! Ale walczę z sobą, by nowa postać kobieca nie przesłoniła mi mojej wizji. Ale Veda, o ile wiem…
— Marzy o muzyce — z lekka zaczerwieniła się zagadnięta. — Szkoda, że mamy tu tylko słoneczny fortepian, który w nocy milczy.
— Układ wykorzystujący światło słoneczne jako przewodniki? — zapytał Ren Boz przechylając się przez poręcz fotela. — Mógłbym przełączyć go na prąd odbiornika.
— Długo by to potrwało? — ucieszyła się Veda.
— Z godzinę.
— Nie, dziękuję. Za godzinę zaczną nadawać wiadomości na obwodzie sieci światowej. Praca zaabsorbowała nas do tego stopnia, że przez dwa wieczory nikt nie włączał odbiornika.
— Niech pani zaśpiewa, Vedo — poprosił Dar Wiatr. — Kart San ma przy sobie swój wieczny instrument strunowy z Czasów Ciemnoty epoki feudalizmu.
— Gitara — podpowiedziała Czara Nandi.
— Kto zagra?… Spróbuję, może dam radę sama.
— Ja gram! — Czara była gotowa biec po gitarę do studia.
— Pobiegniemy razem! — zaproponował Frit Don.
Czara zawadiacko potrząsnęła czarną masą włosów. Pociągnęli dźwignię i odsunęli boczną ścianę werandy. Odsłonił się widok na wschodnią część zatoki. Frit Don pomknął sadząc ogromnymi susami. Czara biegła odrzuciwszy głowę do tyłu. Dziewczyna niebawem pozostała w tyle, ale do studia oboje dotarli jednocześnie i niebawem znów mknęli brzegiem morza w księżycowej poświacie, bystronodzy i uparci. Frit Don dobiegł do werandy pierwszy, ale Czara wskoczyła przez otwarte skrzydło boczne i znalazła się w pokoju.
Veda z zachwytem klasnęła w dłonie:
— Przecież Frit Don jest zwycięzcą w wiosennym dziesięcioboju!
— A Czara Nandi ukończyła wyższą szkołę tańców antycznych i współczesnych — tym samym tonem co Veda odezwał się Kart San.
— Myśmy się z Vedą także uczyły, ale tylko w niższej — westchnęła Evda Nal.
— Niższą kończą teraz wszyscy — droczył się z nią malarz.
Czara wolno przebierała palcami po strunach, uniósłszy w górę mały, twardo zarysowany podbródek. W wysokim głosie młodej kobiety brzmiała tęsknota i wołanie. Śpiewała nową pieśń, która dopiero niedawno dotarła tu ze strefy południowej — o nie spełnionym marzeniu. W melodię wniknął niepostrzeżenie niski głos Vedy i stał się jakby promieniem, wokół którego owijał się i zamierał śpiew Czary. Duet był piękny — głosy obu śpiewaczek kontrastowały z sobą i jednocześnie nawzajem się uzupełniały. Dar Wiatr patrzył na jedną, to na drugą i nie mógł zdecydować, której jest bardziej do twarzy ze śpiewem — Vedzie, opartej o pulpit odbiornika z głową pochyloną pod ciężarem jasnych, srebrzących się w świetle księżyca warkoczy, czy Czarze, podanej trochę do przodu z gitarą na nagich, krągłych kolanach, o twarzy ciemnej od opalenizny, od której odbijała biel zębów i niebieskawe białka oczu.
Śpiew ucichł. Czara niezdecydowanie potrącała struny. Dar Wiatr zacisnął zęby. Była to ta sama pieśń, która go oddaliła niegdyś od Vedy, dziś bolesna również dla niej samej.