Dwuletnia Qiudi w końcu przestała sobie radzić z trudnym zadaniem zbierania krewetek. Potknęła się, upadła i siedziała teraz na brzegu, płacząc. Kilku krewetkom udało się wskoczyć z powrotem do wody i zniknąć bez śladu.

Shangguan Laidi wyszła na brzeg, podniosła siostrę i przeniosła ją bliżej wody. Próbowała obmyć jej pośladki z mułu, a Qiudi wierzgała i protestowała krzykliwie za każdym razem, gdy siostra polewała ją wodą, miotając przekleństwa w niezrozumiałym dla innych języku. Laidi dała jej klapsa w pupę i puściła wolno. Mała z zawrotną prędkością wbiegła na wysoki nasyp, złapała jakiś patyk i potrząsając nim, ze zmarszczonymi groźnie brwiami wyklinała swoją prześladowczynię, przypominając rozwścieczoną staruszkę. Laidi nie mogła się powstrzymać od śmiechu. Tymczasem młodsze siostry posuwały się powoli w górę rzeki. Na rozświetlonej słońcem plaży trzepotało się już kilkadziesiąt krewetek.

– Starsza siostro, szybko, zbieraj! – krzyknęła jedna z dziewczynek.

Laidi wzięła koszyk.

– W domu się z tobą policzę, paskudny bachorze! – zwróciła się do Qiudi.

Energicznie zabrała się do pracy. Zbierając krewetki, zapomniała o wszystkich zmartwieniach. Z jej ust sama popłynęła nie wiadomo gdzie usłyszana piosenka.

– O mamo, mamo, okrutne twe serce, wydałaś mnie za handlarza olejem, przez ciebie żyję w poniewierce…

Laidi powoli dogoniła siostry. Stały ramię w ramię na płyciźnie, schylone, z pośladkami w górze, brodami niemal dotykając wody, i posuwały się powoli naprzód, raz po raz otwierając i zamykając dłonie. Za nimi, na powierzchni zmąconej wody, unosiły się żółte jak kurczęcy puch poobrywane listki wodorostów. Gdy któraś ze zbieraczek prostowała się, oznaczało to, że właśnie złowiła krewetkę. Raz była to Lingdi, raz Pandi, raz Xiangdi… Na brzegu co chwila lądowały krewetki, Laidi krzątała się energicznie, wrzucając je do koszyka, Qiudi starała się dotrzymać jej kroku.

Bezwiednie zbliżyły się do łukowatego kamiennego mostu, łączącego brzegi Rzeki Wodnego Smoka. Shangguan Laidi zawołała siostry:

– Wychodźcie, wychodźcie wszystkie, kosz pełen, wracamy do domu!

Siostry niechętnie powychodziły na brzeg; ręce miały blade od długiego moczenia, a nogi powalane czerwonawym mułem.

– Starsza siostro, skąd się wzięło dzisiaj tyle krewetek w rzece?

– Siostro, czy mama już urodziła nam braciszka?

– Siostro, jak wyglądają japońskie diabły? Czy to prawda, że jedzą dzieci?

– Starsza siostro, czemu głuchoniemi zarzynają swoje kury?

– Starsza siostro, dlaczego babcia ciągle na nas krzyczy?

– Siostro, a mnie się śniło, że u mamy w brzuchu była wielka pijawka!

Dziewczynki zasypywały Laidi gradem pytań, z których żadne nie doczekało się odpowiedzi. Najstarsza siostra wpatrywała się w most; kamienie migotały w słońcu różnobarwnymi refleksami. Od strony wioski nadjechał trójkonny wóz z gumowymi oponami na kołach i zatrzymał się przed wjazdem na most.

Niewysoki woźnica popędził konie, które niepewnie wkroczyły na kamienne podłoże, głośno uderzając kopytami i krzesząc iskry. Na moście stało kilku mężczyzn o nagich torsach, przepasanych szerokimi pasami z cielęcej skóry z klamrami tak lśniącymi, jakby zrobiono je ze złota. Shangguan Laidi poznała ich – należeli do służby ze Szczęśliwej Rezydencji. Wskoczyli na wóz i zaczęli rozładowywać zwinięte maty, a potem kosze z gąsiorami wina. Gąsiorów było dwanaście. Gdy skończyli, woźnica cofnął wóz i zatrzymał się znów na gołej ziemi przed wjazdem. W tej samej chwili pojawił się Sima Ku, zastępca starosty Szczęśliwej Rezydencji, nadjeżdżając od strony wioski swoim czarnym rowerem niemieckiej produkcji, pierwszym takim pojazdem w Północno-Wschodnim Gaomi. Dziadek Laidi, Shangguan Fulu, który nigdy nie potrafił trzymać rąk przy sobie, pewnego razu nie wytrzymał i dotknął jego kierownicy; było to zeszłej wiosny, a oczy zastępcy starosty zalśniły wtedy niebieskawym, wrogim blaskiem… Sima Ku miał na sobie długą jedwabną tunikę i białe spodnie z zagranicznego materiału, związane w kostkach niebieską taśmą, ozdobioną czarnymi frędzlami, oraz gumowe buty z białą podeszwą. Obszerne nogawki były wydęte, jakby nadmuchane, a koszulę ściskał biały jedwabny pas, którego jeden koniec zwisał niżej od drugiego. Od lewego ramienia na skos przez klatkę piersiową Sima Ku miał przewieszony wąski brązowy pasek ze skóry, do którego za pomocą czerwonego jak płomień skrawka jedwabiu przyczepiono skórzaną sakwę. Dzwonek niemieckiego roweru dźwięczał donośnie, Sima Ku pędził jak wicher. Zahamował, zeskoczył z roweru i wachlował się kapeluszem z trawy; czerwone znamię na jego twarzy przypominało rozżarzony kawałek węgla drzewnego.

– Szybko! Maty na most, polać winem! – rozkazał sługom. – I rozpalić ogień, przypieczemy zadki tym psom!

Słudzy pośpiesznie ułożyli maty w stertę na moście, po chwili jej wysokość sięgnęła połowy wzrostu człowieka. Ukryte w matach białe ćmy wzleciały w powietrze i kłębiły się wokoło, niektóre powpadały do wody, gdzie skończyły w rybich brzuchach, inne padły ofiarą jaskółek.

Перейти на страницу:

Похожие книги