– Lać wino na maty! – rozkazał głośno Sima Ku.

Słudzy dźwignęli kosze i uginając się pod ich ciężarem, pownosili je na szczyt mostu. Wyciągnąwszy korki zrobione ze świńskich pęcherzy, opróżniali gąsiory, z których z głośnym bulgotem lał się wyborny trunek; po chwili cała okolica była pijana jego aromatem. Szsz, szsz, szeleściły maty ze słomy. Ogromne ilości wina rozpływały się po moście, docierając aż do kamiennych krawędzi, gdzie ciecz zbierała się, by po chwili spłynąć deszczem do rzeki. Spod mostu rozlegał się szum spadających kropli. Gdy w dwunastym gąsiorze pokazało się dno, kamienny most był wymyty do czysta, a słoma mat zmieniła kolor. Z krawędzi mostu zwieszała się przezroczysta zasłona cieczy. Po kilku minutach powierzchnię wody pokryła biaława warstwa zatrutych alkoholem rybek. Siostry Shangguan chciały je powyławiać, ale Laidi je powstrzymała.

– Nie idźcie tam, wracamy do domu!

Zaciekawione siostry wciąż stały nieruchomo, przyglądając się wydarzeniom na moście; Laidi w rzeczywistości również nie miała ochoty odejść i gdy starała się odciągnąć rodzeństwo, jej wzrok wciąż powracał w tamtym kierunku.

Sima Ku stał na moście, z zadowoleniem klaszcząc w dłonie; w jego oczach migotały złote iskry, usta rozciągały się w uśmiechu.

– Tylko ja mogłem wpaść na coś tak genialnego! – chełpił się. – Nikt inny, tylko ja, do stu diabłów! Chodźcie no tu, kurduple japońskie, już ja wam pokażę!

Słudzy wtórowali jego pełnym zapału okrzykom.

– Panie zastępco starosty, mamy rozpalać? – zapytał głośno jeden z nich.

– Nie, nie, zapalamy dopiero wtedy, kiedy tu przyjdą!

Słudzy w ordynku sprowadzili Simę Ku z mostu na drogę. Wóz ze Szczęśliwej Rezydencji skierował się z powrotem do wioski.

Na moście znów zapanował spokój zakłócany jedynie szumem wina spływającego do rzeki.

Shangguan Laidi z koszem krewetek w ręku poprowadziła siostry z powrotem w kierunku wysokiego brzegu, rozgarniając po drodze gęste zarośla. Nagle wśród gałęzi dostrzegła ciemną, wychudłą twarz. Krzyknęła z przestrachem i upuściła kosz z krewetkami, który zatrzymał się na gęstych krzakach i stoczył aż nad wodę, podskakując na gałęziach. Wysypane z kosza krewetki trzepotały się na piaszczystym brzegu. Laidi pobiegła za koszem, inne siostry rzuciły się w stronę krewetek. Laidi cofała się z lękiem ku rzece, nie odrywając wzroku od czarnej twarzy. Usta nieznajomego rozciągnęły się w przepraszającym uśmiechu, odsłaniając dwa rzędy białych, lśniących niczym perły zębów.

– Siostrzyczko – usłyszała szept – nic się nie bój, my jesteśmy partyzanci… Zachowujcie się cicho i uciekajcie stąd szybko.

W tym momencie wyraźnie dostrzegła kilkunastu ubranych na zielono mężczyzn, przykucniętych wśród porastającego brzeg gąszczu. Wszyscy mieli poważne twarze i szeroko otwarte oczy, niektórzy trzymali strzelby, inni granaty, zdarzali się też uzbrojeni w zardzewiałe miecze. Mężczyzna z uśmiechem na twarzy i białymi zębami trzymał w prawej dłoni lśniący niebieskawo pistolet, a w lewej jakiś błyszczący, cykający przedmiot. Laidi dużo później dowiedziała się, że był to kieszonkowy zegarek, a było to wtedy, gdy ów czarnolicy mężczyzna znalazł się w jej łóżku.

<p id="_Toc219620420">6</p>

Pijany jak bela Trzeci Dziadek Fan, mamrocząc z niezadowoleniem pod nosem, przekroczył próg domostwa rodziny Shangguan.

– Japończycy idą, a wasza oślica niezły moment sobie wybrała! Ale cóż zrobić, w końcu to mój ogier ją zapylił, a, jak to mówią, kto komu zawiąże dzwonek na szyi, ten sam musi go odwiązać! Shangguanie Shouxi, ty masz swój honor – a niech to, jaki ty możesz mieć honor? Przyszedłem tu wyłącznie ze względu na twoją matkę. Twoja matka i ja… cha, cha… twoja matka podkuwała mi tego konia!

Shangguan Shouxi ze spoconą twarzą towarzyszył bełkoczącemu Trzeciemu Dziadkowi Fanowi.

– Trzeci Fanie! – zawołała Shangguan Lü. – Szanownego pana trzeba specjalnie zapraszać, co? Draniu jeden!

– Trzeci Fan przybył w wasze progi! – oznajmił on sam, pełen animuszu.

Spojrzawszy na leżącą, ledwie dychającą oślicę, wytrzeźwiał co najmniej w połowie.

– Ech, spójrzcie tylko na nią! Czemu mnie wcześniej nie wezwaliście?

Zrzucił z ramienia skórzaną torbę, schylił się, pogłaskał ośle uszy i poklepał zwierzę po brzuchu, po czym podszedł do oślicy od strony zadu i pociągnął lekko za nogę wystającą z dróg rodnych. Wyprostował się i pokręcił głową ze smutkiem.

– Za późno, już po wszystkim. W zeszłym roku, kiedy twój syn przyprowadził mi ją na krycie, od razu mu powiedziałem: ta wasza chuda oślica nadaje się tylko do krycia innym osłem! Ale nie posłuchał mnie: ma być koń i już. A mój koń to wielki, czystej krwi japoński ogier. Kopyto ma większe niż łeb waszej oślicy. Kiedy wsiadł na nią, stała sparaliżowana ze strachu. Normalnie jakby kogut pieprzył jaskółkę. Ale mój ogier zawsze robi, co do niego należy, więc tylko zamknął ślepia i dalejże! Może gdyby to był inny koń?… No i teraz widzicie, nie da rady go urodzić. Wasza oślica nie jest stworzona do rodzenia mułów. Może rodzić tylko osły, marne, chude osły…

Перейти на страницу:

Похожие книги