— Mądrala wie, kto wykradł kobietę?
— Obawiam się, że tak.
— W porządku, niech wie. W tej sprawie wszystko jest jasne. Co więcej?
— Sendi Cziczaku spotkał się z Histerykiem. Histeryk najwidoczniej zgodził się skontaktować go z Baronem, pod warunkiem…
— Stop. Co za Cziczaku? Łysy Czik?
— Tak.
— Sprawy podziemia mnie teraz nie interesują. O Maku wszystko? Wobec tego proszę słuchać uważnie. Ta cholerna wojna pokrzyżowała mi wszystkie plany. Wyjeżdżam i wrócę za jakieś trzydzieści do czterdziestu dni. Przez ten czas musi pan zakończyć sprawę Maka. Niech mu pan da jakąś funkcję. Niechaj pracuje. Wolności osobistej proszę mu nie ograniczać, ale musi zrozumieć — wystarczy tu jakaś subtelna aluzja — że od jego zachowania zależy los Rady… Proszę pokazać mu instytut i opowiedzieć, nad czym pracujemy… w rozsądnych granicach, rzecz jasna. I pod żadnym pozorem nie wolno mu spotkać się z Radą! Niech pan mu o mnie opowie, opisze jako mądrego, dobrego, sprawiedliwego człowieka, wybitnego naukowca, niech mu pan da do przeczytania moje artykuły… poza ściśle tajnymi. Proszę mu też dać do zrozumienia, że jestem w opozycji do rządu. Mak ani przez chwilę nie powinien zapragnąć uciec z instytutu. To wszystko. Pytania?
— Tak. Ochrona?
— Żadnej. To nie ma sensu.
— Inwigilacja?
— Bardzo ostrożna… Albo lepiej nie. Niech pan go nie spłoszy. Najważniejsze, żeby nie chciał porzucić instytutu… Massaraksz, że też akurat teraz muszę wyjechać! Teraz już wszystko jasne?
— Przepraszam, Wędrowcze, jeszcze tylko jedno pytanie.
— Słucham?
— Kim on jest? Po co on panu?
Wędrowiec wstał, podszedł do okna i powiedział nie odwracając głowy:
— Boję się go, Fank. To bardzo, ale to bardzo niebezpieczny człowiek.
Rozdział XVII
O jakieś dwieście kilometrów od granicy chontyjskiej, kiedy eszelon utknął na długo na bocznicy w pobliżu jakiejś zapyziałej stacyjki, świeżo upieczony szeregowy drugiej kategorii Zef dogadał się z konwojentem i skoczył do polowej kuchni po wrzątek. Wrócił niebawem bez gorącej wody, ale za to z przenośnym odbiornikiem. Powiedział, że na stacji panuje totalny bałagan, do pociągów ładują się dwie brygady naraz, generałowie zajęci skakaniem sobie do oczu zagapili się, wobec czego on, Zef, wmieszał się w otaczający ich tłum ordynansów, pucybutów i adiutantów — i pożyczył sobie ten odbiornik od jednego z nich.
Wagon powitał tę wiadomość soczystym i radosnym porykiwaniem. Cała czterdziestka natychmiast stłoczyła się wokół Zefa. Przez dłuższy czas panowało zamieszanie, ktoś dostał w zęby, żeby za bardzo się nie pchał, wszyscy klęli i gardłowali, dopóki Maksym wreszcie nie ryknął: „Cicho, łobuzy!” Wtedy wszyscy się uspokoili, a Zef włączył odbiornik i zaczął łapać wszystkie stacje po kolei.
Od razu dowiedział się ciekawych rzeczy. Po pierwsze okazało się, że wojna się jeszcze nie zaczęła. Żadnych krwawych starć nie było. Spietrana Chontyjska Liga Bojowa wrzeszczała na cały świat, że ci bandyci, ci uzurpatorzy, ci tak zwani Płomienni Chorążowie wykorzystali obrzydliwą prowokację swoich najmitów z osławionej Chontyjskiej Unii Sprawiedliwości i teraz koncentrują swoje siły wzdłuż granic tak już bardzo przez los doświadczonej Chontii. Ze swej strony Unia Sprawiedliwości wyklinała Ligę Chontyjską, tych płatnych agentów Płomiennych Chorążych niezwykle barwnie i szczegółowo opowiadała, jak ktoś przeważającymi siłami wyparł wykrwawione w poprzednich walkach pododdziały przez granicę i nie pozwala im wrócić, która to okoliczność posłużyła tak zwanym Płomiennym Chorążym za pretekst do barbarzyńskiej agresji, której należy się lada moment spodziewać. Zarówno Liga, jak i Unia, używając niemal tych samych wyrażeń, robiły przy tym niejasne aluzje do jakichś pułapek atomowych, gotowych spopielić podstępnego wroga.
Poza tym Zef złapał kilka transmisji nadawanych w jemu tylko znanych językach i powiedział, że księstwo Ondol jeszcze o dziwo istnieje, a co więcej, nadal dokonuje zbójeckich rajdów na wyspę Chazzalg (nikt w wagonie poza Zefem nigdy dotąd nie słyszał ani o tym księstwie, ani o wyspie). Jednak eter przede wszystkim wypełniony był plugawymi kłótniami dowódców jednostek i związków taktycznych, które usiłowały przecisnąć się dwoma rozklekotanymi torami kolejowymi na teren Głównego Przyczółka.