— Nie wściekaj się — powiedział Maksym. — Ja już nic więcej nie chcę. I nie ma co na mnie wrzeszczeć, jeśli to wy sami jesteście winni, jeśli sami zapaskudziliście wasz świat, jeśli zezwierzęciliście się jak ostatnie bydlęta! Co teraz z wami robić — Nagle wyrósł przed Gajem i chwycił go za klapy kombinezonu. — Co ja mam teraz z wami zrobić? — ryknął. — Co? Co? Nie wiesz? Gadaj!
Gaj w milczeniu kręcił szyją i bez przekonania usiłował się bronić. Maksym puścił go.
— Sam wiem — powiedział ponuro. — Nikogo tu nie wolno przyprowadzać. Same bestie dokoła… Na nich samych należałoby kogoś nasłać. — Chwycił z podłogi jeden z albumów i zaczął gwałtownie przerzucać kartki. — Taki świat zapaskudzili! — wykrzykiwał. — Taki świat! Patrz, jaki świat!
Gaj patrzył mu przez ramię. W tym albumie nie było żadnych okropności, tylko po prostu różne krajobrazy na zdumiewająco pięknych i wyraźnych kolorowych fotografiach. Błękitne zatoki obramowane bujną zielenią, oślepiająco białe miasta nad morzem, wodospad w górskim wąwozie, jakaś wspaniała autostrada ze strumieniami różnobarwnych samochodów i jakieś starożytne zamki, i ośnieżone szczyty nad chmurami, i ktoś wesoło pędzi na nartach po górskim zboczu, i roześmiane dziewczęta bawią się w morskim przyboju.
— Gdzie to wszystko teraz jest? — mówił Maksym. — Gdzieście to wszystko podzieli? Zamieniliście na żelazo? Ech wy… ludzie… — Rzucił album na stół. — — Idziemy.
Z wściekłością naparł na drzwi, ze zgrzytem otworzył je na oścież i niemal pobiegł korytarzem.
Na pokładzie zapytał:
— Jesteś głodny?
— Uhm… — odparł Gaj.
— W porządku — powiedział Maksym. — Zaraz coś zjemy. Skacz do wody.
Gaj pierwszy dotarł do brzegu, od razu rozebrał się i rozłożył odzież do suszenia. Maksym wciąż jeszcze pływał i Gaj obserwował go z rosnącym niepokojem: zbyt głęboko nurkował jego przyjaciel Mak i zbyt długo zostawał pod wodą. Przecież tak nie wolno, to niebezpieczne… I w ogóle jak mu na tak długo starcza powietrza? Wreszcie Maksym wyszedł na brzeg, ciągnąc za skrzela ogromną rybę. Ryba była kompletnie ogłupiała i zupełnie nie mogła zrozumieć, jak to się stało, że została złapana gołymi rękami. Maksym rzucił ją daleko na piasek i powiedział:
— Ta się chyba nada. Prawie nieaktywna. Też pewnie mutant. Zażyj pigułki, a ja ją zaraz przyrządzę. Można ją jeść na surowo, nauczę cię, jak to się robi, jak się przygotowuje sasimi. Nigdy nie jadłeś? Dawaj nóż!
Gaj podał mu nóż, a Maksym szybko i sprawnie oprawił rybę.
Potem, kiedy już najedli się sasimi — było całkiem niezłe, trudno się uskarżać — — i położyli się nago na gorącym piasku, Maksym po dłuższej chwili milczenia zapytał:
— Co by się stało, gdybyśmy zostali złapani przez patrol, gdybyśmy się im poddali? Gdzie by nas wysłali?
— Jak to gdzie? Ciebie do miejsca odbywania kary, a mnie na miejsce służby. Bo co?
— Jesteś pewien?
— Jasne… Zgodnie z instrukcją samego generała-komendanta. A dlaczego pytasz?
— Zaraz pójdziemy szukać legionistów — powiedział Maksym.
— Zdobywać czołg?
— Nie. Łgać, jak proponowałeś. Zostałeś porwany przez wyrodków, a katorżnik cię uratował.
— Jak to? — Gaj usiadł. — Jakże tak? I ja też? Z powrotem pod promieniowanie?
Maksym milczał.
— Przecież znów zrobią ze mnie marionetkę — powiedział bezradnie Gaj.
— Nie — powiedział Maksym. — To znaczy naturalnie tak… Ale to już nie będzie zupełnie tak, jak dawniej. Będziesz oczywiście trochę marionetką, ale marionetką, która wierzy już w coś innego, słusznego. To naturalnie też nie jest… Ale jednak lepsze, o wiele lepsze…
— Ale po co? — wykrzyknął zrozpaczony Gaj. — Po co ci to potrzebne?
Maksym przeciągnął dłońmi po twarzy.
— Widzisz, Gaj, przyjacielu — powiedział z wahaniem — zaczęła się wojna. Albo myśmy napadli na Chontyjczyków, albo oni na nas. Jednym słowem wybuchła wojna.
Gaj patrzył na niego z przerażeniem. Wojna… Rada… Mój Boże, po co to wszystko? Znów się zaczęło…
— Musimy być tam — ciągnął Maksym. — Mobilizacja już została ogłoszona, wszystkich wzywają do szeregów, nawet katorżnikom dają amnestię i do szeregów… Musimy być razem, Gaj. Najlepiej, gdybym dostał się pod twoje dowództwo.
Gaj prawie go nie słuchał. Wczepił się palcami we włosy i kiwał się na boki, powtarzając w duchu: Po co to, po co to wszystko? Niech was szlag trafi, dranie, niech was trzydzieści trzy razy szlag trafi!
Maksym potrząsnął go za ramię.
— Weź się w garść! — powiedział ostro. — Nie rozsypuj się. Musimy teraz walczyć, a nie histeryzować. — Znów przetarł rękami twarz. — Prawda, z tymi waszymi przeklętymi wieżami… Massaraksz, żadne wieże im nie pomogą. Ubieraj się i idziemy. Musimy się spieszyć.
— Szybciej, Fank, szybciej. Spieszę się.
— Tak jest. Rada Gaal… Została usunięta spod władzy pana prokuratora generalnego i znajduje się w naszych rękach.
— Gdzie?
— U nas, w willi „Kryształowy Łabędź”. Uważam za swój obowiązek jeszcze raz wyrazić wątpliwość co do celowości tej akcji. Wątpię, aby tego rodzaju kobieta mogła nam pomóc w spacyfikowaniu Maka. O takich łatwo się zapomina i jeśli nawet Mak…
— Sądzi pan, że Mądrala jest głupszy od nas?
— Nie, ale…