W kącie zobaczył wielki plakat, piękny plakat, trójkolorowy. Tyle tylko, że trochę zapleśniały. Na plakacie było błękitne morze, z którego wychodził, wspierając się jedną nogą o czarny brzeg pomarańczowy przystojniak w cudacznym mundurze, bardzo muskularny i z nieproporcjonalnie małą głową, składającą się w połowie z potężnej szyi. W jednym ręku atleta ściskał zwój papieru z niezrozumiałym napisem, a drugą wbijał w brzeg płonącą pochodnię. W górnej części plakatu było coś napisane wielkimi ogoniastymi literami. Litery były znajome, ale układały się w słowa, których w ogóle nie dawało się wymówić.

Im dłużej Gaj patrzył na plakat, tym mniej mu się on podobał. Nie wiadomo czemu przypomniał sobie plakat wiszący w koszarach: widniał na nim czarny zuch legionista (też z malutką główką i potężnymi mięśniami), odważnie odcinający gigantycznymi nożycami głowę paskudnego smoka, który wynurzył się z morza. Na ostrzach nożyc, bodajże, było napisane: na jednym „Legion”, a na drugim — „Bojowy”. Aha… — pomyślał Gaj, po raz ostatni spoglądając na plakat. — To się jeszcze zobaczy. Zobaczymy, kto kogo przypiecze, massaraksz!

Odwrócił się od plakatu, zrobił parę kroków i zdębiał.

Z elegancko lakierowanej półki patrzyła nań szklanymi oczami znajoma twarz, kwadratowa, z jasną grzywką nad brwiami i wyraźną blizną na prawym policzku… Rotmistrz Pudurasz. Płomienny bohater, dowódca kompanii w Brygadzie Martwych-Niezapomnianych, pogromca jedenastu białych okrętów podwodnych, poległy w nierównej walce. Jego popiersie uwieńczone bukietem nieśmiertelników wznosiło się na każdym placu koszarowym, a jego głowa z wyschniętą, żółtą, martwą skórą stała nie wiadomo czemu tutaj. Gaj cofnął się. Tak, to jest prawdziwa głowa. A tam jeszcze jedna — nieznajoma ostra twarz… I jeszcze jedna… I jeszcze jedna… Ile ich tu jest!

— Mak! — powiedział Gaj. — Widziałeś?

— Tak — odparł Maksym.

— To są głowy! — powiedział Gaj. — Prawdziwe głowy…

— Obejrzyj sobie albumy leżące na stole.

Gaj z trudem oderwał się od przerażającej kolekcji, odwrócił się i niepewnie podszedł do stołu. Odbiornik coś krzyczał w nieznanym języku, wybuchał muzyką i trzaskami, aż wreszcie powiedział poważnym, aksamitnym głosem: „Wyniszczenie, całkowite i ostateczne wyniszczenie…”

Gaj na chybił trafił wziął jeden z albumów i otworzył twarde, oklejone skórą okładki. Portret. Dziwna długa twarz z kędzierzawymi bokobrodami zwisającymi z policzków na ramiona, włosy nad czołem wygolone, nos haczykowaty, niezwykły wykrój nozdrzy. Nieprzyjemna twarz. Taki z pewnością nigdy się nie uśmiecha. Nieznany mundur, jakieś znaczki czy medale w dwóch rzędach. Ale typ… Pewnie jakaś szarża. Gaj odwrócił stronę. Ten sam typ w towarzystwie innych typów na mostku białej łodzi, tak samo ponury, chociaż pozostali szczerzą zęby. Na dalszym planie, nieostro, coś w rodzaju nabrzeża, jakieś budowle, rozmyte sylwetki cudacznych drzew… Następna strona. Gajowi zaparło dech w piersi — płonący „smok” z rozbitą wieżyczką; z otwartego włazu zwisa ciało legionisty-czołgisty, jeszcze dwa ciała jedno na drugim leżą opodal, a nad nimi stoi ten sam typ, rozkraczony, z pistoletem w opuszczonej ręce i w czapce przypominającej gilzę artyleryjską. Dym unoszący się ze „smoka” przysłania prawie wszystko, ale i tak można rozpoznać znajomą okolicę — ten sam brzeg, piaszczysta plaża i za nią łańcuch wydm… Gaj przewracając kolejną stronicę aż się sprężył i nie na darmo. Tłum mutantów, chyba ze dwudziestu, wszyscy nadzy, całe mnóstwo potworków związanych jednym postronkiem. Kilku zaaferowanych piratów w wysokich czapkach, z dymiącymi pochodniami, a z boku znów ten typ, coś widać pokazuje, bo wyciągnął prawą rękę do przodu, a lewą wsparł na rękojeści kordzika. Ależ te potworki są przerażające, strach patrzeć… Ale dalej było jeszcze straszniej.

Ta sama kupa mutantów, ale już spalona. Typ stoi opodal, wącha kwiatek odwrócony do trupów plecami i rozmawia z innym typem.

Ogromne drzewo w lesie, całe obwieszone ciałami. Ludzie są powieszeni za ręce, za nogi i to już nie mutanci: jeden ubrany jest w kraciasty kombinezon wychowywanego, inny — w czarną kurtkę legionisty.

Starzec przywiązany do słupa. Twarz wykrzywiona od krzyku. A typ oczywiście też jest: z zatroskaną twarzą sprawdza wielką lekarską strzykawkę.

Potem znów powieszeni, paleni, spaleni mutanci, wychowywani, legioniści, rybacy, chłopi, mężczyźni, kobiety, starcy, dzieciaki. Panoramiczne zdjęcie: linia plaży, na wydmach cztery płonące czołgi, na pierwszym planie dwie czarne figurki z podniesionymi do góry rękami… Dość! Gaj zatrzasnął i odrzucił album, posiedział kilka sekund, potem z głośnym przekleństwem zrzucił wszystkie albumy na podłogę, zerwał się i podbiegł do Maksyma.

Maksym wyłączył odbiornik.

— To z nimi chcesz się dogadywać?! — wrzasnął mu Gaj w plecy. Chcesz ich tutaj sprowadzić?! Tego kata, tego oprawcę?! — Podskoczył do sterty albumów i kopnął je z rozmachem.

Перейти на страницу:

Похожие книги