– Dobrze – odparła Desjani z pełnym spokojem, choć znowu głośniej. – Stawimy temu czoło jak każdemu innemu zagrożeniu, z którym „Nieulękły” miał do czynienia, z honorem i odwagą.
Chór potwierdzeń dobiegł z kolejnych stanowisk. Uśmiechnęła się do Geary’ego raz jeszcze. Skinął jej głową. Rione znów zapatrzyła się w przestrzeń.
– Trzydzieści sekund do przewidywanego nadejścia fali uderzeniowej… Dziesięć sekund… pięć sekund, cztery, trzy, dwie, jedna…
Nadszedł ten moment i minął zupełnie jak na Lakocie.
– Poruczniku, proszę o szacunkową ocenę sytuacji – rozkazała Desjani.
– Tak, kapitanie! Ja… – Wachtowy z operacyjnego pochylił się nad ekranami. – Wydaje mi się, że fala już przeszła. Tak. Sekundę po szacowanym czasie. Energia implozji była tak niewielka, że nasze przyrządy z trudem ją zarejestrowały. Mamy czysty obraz miejsca, w którym były wrota, i przestrzeni między nami. Wrót już nie ma, ale poza tym wszystko jest w najlepszym porządku.
– A niech mnie!… – Zaszokowana Desjani spojrzała na Geary’ego. – Ci DONowie mówili prawdę.
Ależ był szczęśliwy, gdy kiwał głową w odpowiedzi!
– Na to wygląda. Wciąż żyjemy.
– To cud – mruknęła Tania. – Tak, wiem, żyjemy, ale czy pan zdaje sobie sprawę, że oni nas nie okłamali? Nie wierzyłam, że dożyję takiego momentu.
– Wydaje mi się, że powinniśmy podziękować żywemu światłu gwiazd za to ocalenie. – Geary nacisnął klawisz komunikatora. – Do wszystkich jednostek floty Sojuszu, mówi admirał Geary. System zabezpieczeń na wrotach hipernetowych zadziałał. Niebezpieczeństwo minęło. Kontynuujcie wyznaczone zadania. – Odwrócił się do Rione. – Zdaje się, że może pani prowadzić dalej negocjacje.
Wiktoria wstała z uśmiechem.
– Oczywiście, admirale. Zapalę też dzisiaj świecę w intencji kapitan Cresidy.
Gdy wyszła, Geary spojrzał na Desjani.
– Proszę mi przypomnieć, że mam zrobić to samo.
– O tym nie muszę chyba panu przypominać – odparła tym samym tonem, jakim łajała wachtowych. – Ale zrobię to, a potem sama zapalę jej świecę. Ciekawe, dlaczego te wrota się zapadły?
– Ktoś lojalny wobec obalonej władzy i na tyle zdesperowany, by zginąć, mógł wysłać ten rozkaz – kombinował Geary. – Albo…
– Tak. Albo stoją za tym nasi tajemniczy nowi wrogowie. Jakoś się domyślili, gdzie jesteśmy, i wysłali rozkaz samozniszczenia wrót. – Desjani odchyliła się, lecz wciąż widać było, że jest spięta. – Gdyby wysłali ten rozkaz wcześniej, zanim Syndycy skasowali algorytmy zagłady, unicestwiliby życie w Systemie Centralnym i zlikwidowali flotę Sojuszu.
– To miłe z ich strony. – Geary potarł brodę, rozmyślając o kolejnej sprawie do załatwienia. – Coś czuję, że na tym się nie skończy.
– O nie, sir.
– Obcy mogli się dowiedzieć o naszej obecności w tym systemie za pośrednictwem wirusów w systemach okrętów Światów Syndykatu. – Geary zabębnił palcami po podłokietniku fotela. – Niektóre z nich, głównie pancerniki, są mocno uszkodzone, ale nadal sprawne. Powinniśmy wysłać w ich pobliże nasze jednostki, aby „niosły im pomoc”. – Desjani aż uniosła brew ze zdziwienia. – Umieścimy na ich pokładzie ludzi, czy się to komuś podoba czy nie. Uczynimy humanitarny gest, opatrzymy rannych i ewakuujemy tych, którzy nie mogli skorzystać z kapsuł ratunkowych. W tym samym czasie nasi specjaliści przeskanują ich systemy operacyjne w poszukiwaniu wirusów zostawionych przez Obcych.
Desjani się rozchmurzyła.
– Jeśli systemy są zawirusowane, upewnimy się, że Syndycy nie mieli o tym pojęcia.
– Właśnie. I sprawdzimy, w jaki sposób Obcy dowiedzieli się o naszej obecności w tym systemie. Jeśli wirusów nie znajdziemy, będzie to znaczyło, że albo Syndycy także sobie z nimi poradzili, albo Obcy nie mieli zamiaru ich szpiegować.
– Na pana miejscu nie postawiłabym złamanego grosza na to drugie rozwiązanie. Kimkolwiek oni są, wykorzystują każdą okazję do zdobycia nad nami przewagi. – Desjani pokręciła głową. – W każdym razie skorzystamy z przykrywki, że to pomoc niesiona rozbitkom. Obawiam się, że nawet pan nie zdoła znaleźć wystarczającej liczby ochotników do oddziałów abordażowych.
– Wiem. – Geary się uśmiechnął. – Ale mam przecież całą masę komandosów.
Generał Carabali zaakceptowała jego rozkazy bez problemu, uśmiechnęła się tylko z satysfakcją, gdy wyjawił jej prawdziwe cele misji.
– Admirale, sugerowałabym, aby pancerniki i liniowce, na których stacjonują moi ludzie, podeszły jak najbliżej wyznaczonych celów. Mając nad głową tak potężną siłę rażenia, Syndycy nie powinni się nam stawiać, dzięki czemu nie dojdzie do dalszych zniszczeń w ich systemach.
Nie mówiąc już o tym, że sami nie zostaną wystrzelani.
– Świetny pomysł. Włączę go do naszego planu. Powiadomię panią natychmiast po ustaleniu listy okrętów biorących udział w akcji, aby mogła pani wprowadzić swoich ludzi w jej szczegóły. Jeśli będzie pani potrzebowała wsparcia ze strony specjalistów floty, proszę dać mi znać. Wyznaczę wystarczającą liczbę „ochotników”.