jeszcze głośniej, kiedy poczuł ciepły język, obmywający to nabrzmiałe, wrażliwe
miejsce, które zdawało się być umieszczonym na jego ciele zapalnikiem, za pomocą
którego Snape mógł rozpalić w nim ogień tak potężny, iż w każdej chwili groził
wybuchem.
Zaczęło kręcić mu się w głowie, a oczy zaszły mgłą. Opuścił głowę i zmusił się, aby
unieść rozpalone powieki i spojrzeć w dół. A widok, który ujrzał... Merlinie! Severus, z przymkniętymi powiekami, rozchylonymi ustami i tym niemożliwie gorącym i mokrym
językiem, którym potrafił posługiwać się z taką wprawą... Skoro reagował tak, kiedy
Snape lizał jego sutek, to co by było, gdyby lizał także inną część jego drżącego z
pragnienia ciała? Sama ta myśl posłała iskry przyjemności w znajdujący się w jego
podbrzuszu, pulsujący niecierpliwie ośrodek rozkoszy.
Severus przerwał na chwilę i odsunął się. Spojrzał na Harry'ego spod
wpółprzymkniętych tajemniczo powiek i uśmiechnął się mrocznie. Harry poczuł, jak
coś w nim pęka. Dopiero później zorientował się, że to jego samoopanowanie.
To wszystko... cały ten wieczór... był niczym sen. Severus zachowywał się tak
inaczej... A teraz... teraz patrzył na niego tak, jakby na coś czekał. Tak się
przynajmniej Harry'emu wydawało. I chciał mu to dać, och, tak bardzo chciał.
Przecież tyle się pomiędzy nimi zmieniło. Teraz było już zupełnie inaczej. Teraz...
Severus oblizał wargi.
Harry jęknął.
Złapał w dłonie twarz mężczyzny i pochylił się do przodu, aby złożyć na jego ustach
tak długo wyczekiwany pocałunek. Pocałunek, który miał być nagrodą, pieczęcią,
która podkreśliłaby całą długą drogę, którą przeszli, aby znaleźć się w tym miejscu.
I w momencie, kiedy ich usta już niemal się zetknęły, Severus odwrócił głowę w bok i
odsunął się.
Harry zamarł.
Poczuł, jak pierwsze odłamki wieży, którą zbudował, zaczęły się odłupywać i opadać
w przepaść.
Twarz Snape'a zmieniła się, stała się nieprzychylna. Początkowe zaskoczenie
przeobraziło się w surowość i odpychający gniew.
Dłonie zniknęły, ciepło rozpłynęło się, a uczucie bliskości pękło, niczym zbyt mocno
naciągnięta struna. Wszystko się rozsypało. Wieża runęła. A on spadał wraz z nią.
Spadał coraz szybciej i szybciej.
Pomylił się. Myślał, że mu się udało. Ale okazało się, że za wcześnie cieszył się ze
zwycięstwa. Że mur, który, jak mu się wydawało, kruszył się w jego dłoniach, to była
tylko warstwa zewnętrzna. Pod spodem znajdowało się coś znacznie, znacznie
twardszego.
Dlaczego? Dlaczego mu się nie udało? Dlaczego nie potrafił pokonać tej bariery? Co
stało na przeszkodzie? Miał wrażenie, że czegokolwiek nie próbowałby zrobić, coś w
samym sercu muru wciąż będzie go utrzymywać. Jakby pod tym wszystkim było coś
tak mocnego, coś tak... strasznego, czego nic nie rozmrozi, czego nigdy nie uda mu
się zniszczyć. Nigdy.
Poczuł, jak po jego ciele spływa lodowato-zimna fala zawodu i strachu. Jakby
ponownie został zaatakowany przez tamto stworzenie. Ale tym razem... Severus go
nie uratuje.
- J-ja... muszę iść - szepnął i błyskawicznie zsunął się z kolan mężczyzny. Odwrócił
się, wbijając rozmywający mu się wzrok w podłogę i, rzuciwszy ciche „dobranoc”,
niemal wybiegł z pomieszczenia, potykając się po drodze kilka razy o własne nogi,
które nagle wydały mu się okropnie wiotkie i zbyt słabe, aby go utrzymać.
Wypadł na korytarz i przez kilka chwil stał bez ruchu, przytrzymując się ściany i
próbując wciągnąć trochę powietrza w ściśnięte dziwnie płuca i gardło. Czuł
napływający zewsząd gniew, jakby stał się zbyt słaby, aby się przed nim bronić.
To wszystko było jego winą! Wszystko spieprzył! Jak zwykle! Czego oczekiwał?
Dlaczego nie potrafi cieszyć się tym, co dostaje? Dlaczego wciąż było mu mało?
Zamarł, słysząc trzask drzwi prowadzących do gabinetu Snape'a.
Ruszył przed siebie, przytrzymując się ściany, ponieważ kolana nadal się pod nim
uginały. Po chwili zaczął biec.
Musi się stąd wydostać! Nie chce... widzieć... rozmawiać... Nie w tej chwili! Chce
znaleźć się daleko stąd. Jak najdalej. Tam, gdzie nie czułby tego bólu, który nie
pozwalał mu oddychać.
Kiedy minął zakręt, usłyszał trzask otwierających się w korytarzu drzwi.
Przyspieszył.
Niemal na czworakach wbiegł po schodach i minąwszy jeszcze kilka zakrętów,
przystanął, aby złapać oddech. Nie obchodziło go, czy natknie się na Filcha, Irytka,
czy na kogokolwiek innego. Musiał biec, musiał uciec. Musiał nie czuć.
Gniew. Gniew był dobry. Wystarczająco intensywny, aby zagłuszyć wszystko inne.
Musiał być zły na siebie. Nie, nie musiał. Był zły. Rozpaczliwie zły. Wściekły.
Po co to, do cholery, zrobił? Po co?!
Uderzył pięścią w ścianę. Raz. Drugi. Później następny. Czuł ból, ale ten ból był
lepszy, ponieważ zagłuszał tamten drugi. Chciał więcej tego bólu. Zaczął kopać w
kamienne bloki. Kopać i uderzać z całej siły. Ponieważ tylko tak mógł wyrzucić z
siebie przepełniający go gniew.
I wtedy usłyszał kroki. Długie i zdecydowane. Tak bardzo znajome...
On... szedł za nim.
Rzucił się do ucieczki. Wpadł na posąg, uderzając się kolanem o marmur z taką siłą,
iż przez chwilę miał wrażenie, że stracił czucie w nodze. Zacisnął zęby i zmusił się