zauważyłem, że wszystko się zmieniło? Nie rozumiem tylko, dlaczego. Co się stało?

Chcę, żebyś mi to wyjaśnił!

Severus odwrócił się powoli i gdyby Harry nie był taki wściekły, z pewnością wzrok,

który wbijał w niego mężczyzna, odebrałby mu całą odwagę wraz z oddechem.

- Nie muszę ci niczego wyjaśniać, Potter - wycedził tak lodowatym głosem, iż Harry

odniósł wrażenie, jakby w powietrzu pojawiły się kryształki lodu. - Nie przyszło ci do

głowy, że mogę po prostu nie mieć na to ochoty?

Harry poczuł, jak gniew wzbiera jeszcze bardziej, pełzając po jego skórze i

doprowadzając do drżenia jego zaciśnięte pięści.

- I kto tu opowiada stek kłamstw?! - Harry prawie krzyczał, ale nie potrafił już nad tym zapanować. Cała ta sytuacja wymknęła się spod kontroli, a Severus najwyraźniej

miał to absolutnie gdzieś. - Dopóki nie zechcesz mi tego wyjaśnić, to nie mam tu

czego szukać. Daj mi znać, kiedy się zdecydujesz. - Odwrócił się, ze złością zgarnął

z oparcia swoją pelerynę i ruszył w stronę wyjścia.

- Wracaj natychmiast, Potter! - ryknął mężczyzna, a Harry niemal się przewrócił.

Jeszcze nigdy nie słyszał takiej furii w głosie Snape'a. Przystanął i obejrzał się.

Severus stał przy barku, ściskając w dłoni szklankę z taką siłą, iż niewiele dzieliło go od zmiażdżenia jej. Wbijał w Harry'ego tak mordercze, oślepiające bijącymi z niego

płomieniami spojrzenie, jakby również próbował go nim zmiażdżyć.

I udało mu się to.

- Nie pozwoliłem ci wyjść - wysyczał głosem, w którym trzaskające polana gniewu

spalały resztkę cierpliwości. - Siadaj!

Harry zawahał się. Trząsł się ze złości, ale jeszcze bardziej obawiał się tego, co

może mu zrobić Severus, jeżeli nie posłucha. Brzuch nadal bolał go trochę, po ich

ostatniej sprzeczce. A mężczyzna wydawał się być w takim stanie, że mógłby zrobić

wszystko.

Zawrócił i opadł ciężko na fotel. Snape chyba nieco się odprężył. Ściskające szklankę

palce rozluźniły się odrobinę. Wzrok z płonącego, zamienił się w lodowaty.

Wykrzywiona zmarszczkami twarz nieco się wygładziła. Upił łyk i wbił w Harry'ego

nieokreślone spojrzenie, którego chłopak za nic w świecie nie potrafił odczytać. Tak

jakby mężczyzna odgrodził się murem, przez który Harry nie był w stanie się przebić.

Siedział więc i czekał na jakieś słowo z jego strony, ale żadne nie padło. Czas mijał,

ciche trzaskanie ognia w kominku zdawało się kroić go na małe, nierówne

kawałeczki.

Harry wpatrywał się w Severusa w napięciu, czekając na cios, na pieszczotę, na

cokolwiek. A niepokój w jego sercu narastał z każdą chwilą. Nie wiedział, dlaczego

ma tak siedzieć, ani co się za chwilę wydarzy. Obawiał się tego. Wolał, aby Severus

w końcu coś zrobił, ponieważ ta niepewność rozrywała jego wnętrzności na strzępy.

Po jakichś piętnastu minutach Severus poruszył się, czym sprawił, że Harry niemal

podskoczył w fotelu. Mężczyzna odstawił powoli szklankę na blat stolika i spojrzał na

wiszący na ścianie zegar. Kiedy przeniósł spojrzenie z powrotem na Harry'ego, jego

oczy połyskiwały czymś na kształt... mrocznej satysfakcji?

- Pański szlaban właśnie się zakończył, panie Potter. Może pan odejść.

Harry otworzył szeroko oczy. Nie potrafił uwierzyć w to, co usłyszał... Jak on mógł?

Jak mógł... potraktować go w taki przedmiotowy sposób? Po tym wszystkim...?

Wiedział, że te słowa miały na celu jedynie go zranić, widział to po paskudnym

uśmieszku na wargach mężczyzny.

I wiedział, że jeżeli zostanie tutaj choćby chwilę dłużej, to może zrobić lub powiedzieć coś, czego będzie żałował do końca życia.

Zerwał się z fotela, złapał pelerynę i wypadł z pomieszczenia, z całej siły trzaskając

drzwiami. Nie oglądał się do tyłu, nie przejmował ubieraniem peleryny. Wypadł na

korytarz i rzucił się biegiem przed siebie, pragnąc stąd uciec, pragnąc uciec od tego

porażającego uczucia zawodu, pożerającej od środka wściekłości i odbierającego

zmysły bólu.

Wbiegł po schodach na parter, a później na pierwsze piętro, wyciągając po drodze

różdżkę. Wycelował w pierwszy posąg jaki napotkał i rzucił w niego zaklęciem

spotęgowanym jeszcze przez rozsadzającą go furię, który rozwalił go na kawałki. Pył

i odłamki kamieni posypały się na wszystkie strony, niektóre trafiły go w twarz, ale się tym nie przejął. To było za mało. Celował po kolei we wszystkie większe odłamki,

rozwalając je na coraz mniejsze, pozwalając, by gniew kierował każdym jego

krokiem, każdym gestem, każdym słowem. Z wilgotnym, rozmazanym wzrokiem

złapał jakiś większy kawałek i z furią zaczął uderzać nim w ścianę. Miał ochotę

wrzeszczeć, kopać, gryźć.

Kamień rozpadł mu się w dłoni i pokaleczył ją. Harry krzyknął z bólu i upuścił ostre,

wbijające mu się w skórę odłamki. Spojrzał na swoją rękę. Krwawiła.

Dokładnie tak samo, jak jego...

- No, no, no... Wygląda na to, że wpakował się pan w poważne kłopoty, panie Potter -

usłyszał za sobą znajomy, skrzekliwy głos.

Odwrócił załzawioną twarz i z rezygnacją spojrzał na stojącego na korytarzu Filcha.

Kłopoty? Prawdę powiedziawszy, w ogóle go to nie obchodziło...

***

Woźny z mściwą satysfakcją zaprowadził do go McGonagall. Opiekunka domu była

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги