wstrząśnięta zachowaniem Harry'ego, ale kiedy zaczął mamrotać coś o liście od

Lupina, wspomnieniach związanych ze śmiercią Syriusza i załamaniu, które

spowodowało, że stracił nad sobą panowanie i... zrobił to co zrobił, wściekłość

McGonagal szybko zamieniła się we współczucie. Harry miał wyrzuty sumienia, że

tak kłamie, ale przecież musiał coś wymyślić. Filch oczywiście żądał dla niego

najsurowszej przewidzianej w kodeksie kary, czyli zakucia w łańcuchy i wychłostania,

jednak opiekunka Gryffindoru wyprosiła go i powiedziała, że sama zajmie się swoim

uczniem. Kiedy woźny, mamrocząc coś pod nosem, zniknął za drzwiami,

oświadczyła Harry'emu, że go rozumie i że nie ma mu tego za złe, chociaż

demolowanie szkoły nie jest najlepszym sposobem na pozbycie się żalu. Musiała mu

niestety przydzielić szlaban, w końcu takie były reguły, ale wybrała coś spokojnego i

niezbyt męczącego. Miał posegregować jutro po obiedzie pergaminy z w klasie, w

której uczono Starożytnych Run.

Oświadczyła także, że jeżeli będzie chciał porozmawiać o swoich zgryzotach, to

zawsze może się do niej zwrócić. Harry podziękował cicho i wyszedł z gabinetu.

Wydawało mu się, że wiodąca z gabinetu wicedyrektorki do wieży Gryffindoru droga

jeszcze nigdy nie była tak długa. Szedł chwiejnie, ledwie powłócząc nogami i z

przygnębieniem wpatrując się w swoje stopy. Odłamki kamieni rozbiły mu okulary,

ale nie przejmował się teraz naprawianiem ich. Nie zależało mu na tym. Prawdę

mówiąc, na niczym mu w tej chwili nie zależało. Ból w zranionej i zabandażowanej

dłoni nasilał się z każdym krokiem. Powinien pójść do skrzydła szpitalnego, tak jak

poleciła mu McGonagall zanim wyszedł, ale nie chciał... W końcu przynajmniej

częściowo odciągało to jego uwagę od bólu, który czuł wewnątrz.

Miał wrażenie, że każdy krok, który stawia, prowadzi go coraz bliżej ku przepaści. W

głowie odbijało mu się echo odległych słów.

Nie ma miejsca na akceptację czegokolwiek... przypomnę ci o tym... potrafię

przewidzieć pewne reakcje...

Czy o to właśnie mu chodziło? Chciał mu w ten sposób pokazać, jak bardzo się myli?

Że, tak naprawdę, gówno wie? Czy może chciał mu po prostu pokazać, jak potrafi

być okrutny? Jakby Harry jeszcze tego nie wiedział...

Westchnął głęboko i skrzywił się, kiedy poczuł bolesne ukłucie w piersi. Nie potrafił

tego zrozumieć. Starał się, już wiele razy naprawdę się starał, ale wciąż niektóre

zachowania Severusa pozostawały dla niego tajemnicą.

Dlaczego mężczyzna się od niego oddalał? Świadomość tego bolała, i to tak bardzo,

że Harry z trudem oddychał. Ponieważ wiedział, jak wiele wysiłku kosztowało

zbliżenie go do siebie. Co więc mogło się wydarzyć? Co mogło się tak nagle

zmienić?

Podejrzewał tylko, że ma to związek z czymś, co było poza nimi dwoma. Tylko takie

wyjaśnienie miało sens.

Spojrzał na swoją dłoń. Krew przesiąkła już przez prowizoryczny bandaż. Ale nie miał

zamiaru ponownie próbować jej tamować.

Tak samo jak krwotoku płynącego z serca.

...chodzi tylko o to, czy chcesz i potrafisz kogoś skrzywdzić...

Cóż, w przypadku Severusa Snape'a, odpowiedź na to pytanie była w tej chwili aż

nadto oczywista...

***

Kiedy Harry obudził się następnego ranka, miał wrażenie, jakby ktoś przywalił mu w

nocy czymś ciężkim w głowę. Wszystko go bolało, ale chyba najbardziej poraniona

odłamkami dłoń. Kiedy wczoraj dowlókł się do dormitorium, od razu padł na łóżko i

zasnął niemal natychmiast.

Zwlókł się z posłania, wziął do ręki stłuczone kawałkami kamienia okulary, szybko je

naprawił, założył na nos i poszedł do łazienki. Spojrzał w lustro i jęknął, kiedy

zobaczył olbrzymiego siniaka pod lewym okiem i kilka zadrapań na policzkach. Cóż,

nie wyglądało to zbyt dobrze... Może rzeczywiście powinien pójść do pani Pomfrey.

Zrobi to po śniadaniu.

Odwinął z dłoni bandaż i przyjrzał się głębokim nacięciom na skórze. Zaschnięta

krew była już niemal czarna. Ostrożnie włożył rękę pod strumień zimnej wody i obmył

ją, po czym ponownie owinął zakrwawionym bandażem. Nie miał niestety czystego, a

nie chciało mu się tracić energii na wybielenie go.

Znowu spojrzał na swoje odbicie w lustrze. Miał podkrążone oczy i bladą cerę.

Skutek niewyspania czy nerwów? Chyba jednego i drugiego.

Obiecał sobie, że nie będzie myślał o tym, co się wczoraj wydarzyło. Musi to wyrzucić

z pamięci. Całkowicie. Ponieważ nawet jedno pojedyncze wspomnienie mogłoby być

zbyt dużym ciosem.

A był teraz za słaby, aby się przed nim obronić.

Wziął szybki prysznic, przebrał się i zszedł na śniadanie. Przy stole siedzieli już

niemal wszyscy. Snape także. Harry nawet z daleka słyszał ożywiony gwar, śmiech i

prowadzone półgłosem rozmowy. Bez słowa i spojrzenia na kogokolwiek podszedł

do stołu i usiadł obok Luny, dokładnie naprzeciwko profesor McGonagal .

I wtedy gwar urwał się nagle i wokół niego zapanowała głucha cisza.

Harry podniósł głowę i rozejrzał się, zaskoczony tym nagłym milczeniem. Wszyscy

wpatrywali się w niego z zaciekawieniem i przestrachem jednocześnie.

No litości, przecież nie wyglądał chyba aż tak strasznie?

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги