czym ponownie wbił spojrzenie w ścianę.
Harry zagryzł wargę i spojrzał na swój talerz. Sam nie wiedział co ma o tym myśleć.
Czy Severus pomógł mu, ponieważ naprawdę chciał mu pomóc, czy dlatego, aby
okazać mu swoją pogardę i wyśmiać jego ograniczone zdolności manualne?
Cóż, obie możliwości były na tyle prawdopodobne, by brać je pod uwagę.
Harry westchnął. Zamiary zamiarami, ale postanowił w tej chwili nie zaprzątać sobie
nimi głowy, ponieważ był naprawdę głodny.
Pod koniec śniadania McGonagal pochyliła się do niego i powiedziała:
- Proszę przyjść do mnie po obiedzie, panie Potter, to dam panu klucz do klasy
Starożytnych Runów.
Harry skinął głową i niemal natychmiast poczuł na sobie intensywne spojrzenie
Snape'a, które mężczyzna oderwał od ściany i wbił w niego. Ale ściana chyba lepiej
to znosiła, gdyż wątpił, aby też czuła takie zimne, przebiegające przez nią dreszcze.
Harry przełknął ślinę, gdyż nagle zaschło mu w ustach. Ale obiecał sobie, że nie
będzie zwracał na niego uwagi i tak też uczynił. Nie popatrzył już w jego stronę ani
razu do końca śniadania, a zaraz po nim wstał i udał się z panią Pomfrey do skrzydła
szpitalnego, czując na plecach odprowadzające go spojrzenie hebanowych oczu.
Pielęgniarka uleczyła jego siniaki i posmarowała rękę maścią. A sądząc po zapachu,
była to dokładnie ta sama maść, którą Severus wysmarował wtedy jego nogi. To
wspomnienie było niezwykle przyjemne, ale w obecnych okolicznościach przyniosło
jedynie ból.
Nie, miał o tym nie myśleć!
Kiedy tylko wyszedł ze szpitala, wydarzyło się coś, czego po części się spodziewał,
ale z drugiej strony obawiał. Poczuł ciepło w kieszeni.
Wiadomość od Severusa.
Przez chwilę walczył ze sobą. Nie chciał jej odbierać. Prawdę powiedziawszy, to już
wcześniej zastanawiał się nad tym, czy po prostu nie zostawić kamienia w
dormitorium, ale tak jakoś... nie potrafił tego zrobić. A gdyby wydarzyło się coś
ważnego?
Ciekawość jednak zwyciężyła. Sięgnął do kieszeni i odczytał wiadomość:
Potter, chciałbym, żebyś przyszedł teraz do moich komnat. Czekam na ciebie.
Przyjdź, dobrze?
Harry rozszerzył oczy. Jak na Severusa, było to niemal błaganie.
Poczuł, jak w jego sercu rozlewa się przyjemne ciepło satysfakcji. Czyli Snape jednak
żałował tego, co zrobił... To dobrze, niech teraz on poczuje, jak to jest...
Zacisnął klejnot w dłoni i odesłał:
Nie przypominam sobie, abym miał dzisiaj z panem szlaban, więc nie wiem dlaczego
miałbym do pana przychodzić, profesorze.
Nie potrafił powstrzymać uśmieszku zadowolenia, który wypłynął mu na usta. Nawet
jeżeli w głębi siebie czuł absolutną pustkę.
Snape zranił go zbyt mocno. Minie trochę czasu, zanim wszystko, co zostało w nim
rozerwane, zasklepi się ponownie.
***
Snape'a nie było na obiedzie, co Harry przyjął z ulgą. Po posiłku McGonagall dała
mu klucz i powiedziała, że jego szlaban musi niestety trwać nie mniej niż dwie
godziny, więc jeżeli zrobi już wszystko, to niech sobie po prostu posiedzi i poczeka,
aż czas minie.
Harry skinął głową i powoli ruszył na drugie piętro. Prawdę powiedziawszy jeszcze
nigdy nie był w tej sali. Wszystkie ściany zostały przysłonięte porozwieszanymi na
nich wykresami i planszami z jakimiś dziwnymi znaczkami. Kiedy spacerował wzdłuż
nich, przyglądając im się, przypomniał sobie o książce, którą zobaczył w tajnym
laboratorium Severusa. Może, gdyby pamiętał, jak wyglądały zamieszczone w niej
znaki, to udałoby mu się znaleźć tutaj coś, co pomogłoby mu zrozumieć znaczenie
tamtych symboli. Przeszedł na tył klasy, do znajdujących się tam szafek, w których
poukładane były zwoje. Na każdym z nich widniały jakieś literki i cyfry, ale z tego, co
zauważył, wszystko było ze sobą wymieszane. Wziął pierwszy lepszy zwój i po kilku
chwilach udało mu się odnaleźć i włożyć go do odpowiedniej przegródki. Westchnął
głęboko. Czekało go jednak nieco pracy. Może lepiej byłoby po prostu wyrzucić je
wszystkie na podłogę i dopiero poukładać? Bo inaczej te dobrze ułożone wymieszają
się z tymi pozostałymi i później będzie miał problem, aby je odróżnić.
Tak właśnie zrobił. Przez kilkanaście minut przenosił zwoje z szafek na najbliższą
ławkę, uważając, aby żadnego nie upuścić. Nie wiadomo, jak były stare. Kiedy
skończył, zaczął brać każdy zwój po kolei i próbował dopasować zamieszczone na
nim cyfry i litery do tych, które znajdowały się nad przegródkami. Po wyjątkowo
kapryśnym pergaminie, dla którego miejsca szukał chyba przez trzy minuty, odwrócił
się, aby wziąć następny i... upuścił go z powrotem na blat, odskakując do tyłu jak
oparzony.
Tuż obok ławki stał Severus, przyglądając mu się tym nieodgadnionym, świdrującym
spojrzeniem. Wyglądał niczym posąg, dumny i wyprostowany, wyrzeźbiony z
czarnego marmuru albo hebanu.
Jak to możliwe, że nie usłyszał jego wejścia? Mężczyzna musiał najwyraźniej rzucić
zaklęcie wyciszające na drzwi.
Harry szybko uciekł wzrokiem, wbijając go w stos leżących na blacie pergaminów.
Jego serce przyspieszyło gwałtownie. Bał się tego spotkania. Nie chciał widzieć
Severusa, jeszcze nie teraz, to wszystko było za świeże... Dlaczego musiał tutaj