nie odwiedzałem. Byłem... trochę zajęty. Ale teraz... już nie jestem.
Sowa spojrzała na niego z wyrzutem, ale nie wyglądała na obrażoną. Uszczypnęła
go w dłoń, tak jakby chciała powiedzieć "wybaczę ci, ale tylko ten ostatni raz". Harry westchnął i rozejrzał się za miejscem, w którym mógłby usiąść. Odgarnął leżący pod
jedną ze ścian śnieg, który wpadł do pomieszczenia przez pozbawione szyb okna, i
usadowił się pod ścianą, pozwalając Hedwidze odfrunąć na najbliższą półkę, gdzie
przycupnęła i zaczęła mu się przyglądać swoimi paciorkowatymi oczami.
Harry podciągnął nogi, objął je ramionami i oparł czoło o kolana. W sowiarni było tak
samo lodowato jak na dworze. Co jakiś czas przez okna wpadał mroźny wicher,
przynosząc ze sobą wilgotne płatki śniegu, które osiadały Harry'emu na twarzy i
sprawiały, że całym jego ciałem wstrząsał dreszcz, ale jemu wcale to nie
przeszkadzało. Nieważne jak było zimno, chłód w jego sercu był o wiele bardziej
przejmujący.
Nie myślał, że to się tak skończy. Że skończy się w taki sposób. Że w ogóle się
skończy.
Ale czego mógł się spodziewać? Już od samego początku był skazany na porażkę.
Tylko wcześniej po prostu nie chciał sobie tego uświadomić. Wciąż trzymał się tej
głupiej nadziei, że może w przyszłości... kiedy będzie po wszystkim... do końca
swoich dni... będzie... będą...
Ale jego plany zostały zdeptane. Okazało się, że dla najważniejszej osoby w swoim
życiu jest tylko... nikim. Nędznym, bezwartościowym, nic nieznaczącym zerem.
Nie powinien być zaskoczony. W końcu Snape tyle razy dawał mu to do
zrozumienia... Ale on był zbyt zaślepiony, by to dostrzec. Zbyt zapatrzony. Zbyt głupi.
Zbyt naiwny.
Zbyt zakochany.
A co z tym wszystkim, co razem przeszli? Przecież uratował mu życie, kiedy
zaatakowały go krakwaty! Został z nim w Hogwarcie na święta, chociaż mógł jechać
z przyjaciółmi do Nory! Potrafił go rozbawić, nauczył się o tej przeklętej krwi
buchorożców! Masturbował się dla niego! I zawsze, kiedy tylko Snape miał ochotę...
Harry dawał mu całego siebie! Dawał mu tak wiele, że dla niego nie zostało już
prawie nic.
To nic nie znaczyło?
Najwyraźniej nie. Nie dla kogoś takiego jak Snape. Dla kogoś, kto tylko bierze,
wysysa, przeżuwa, a później, gdy się już nasyci, po prostu wypluwa... Dla kogoś,
kogo jedynym celem życia jest marnowanie życia innym. Jak mógł w ogóle myśleć,
że uda mu się go zmienić? Że uda mu się go zmusić do porzucenia swojej jadowitej,
zaschniętej i twardej jak skała skorupy, która chroniła go przed światem przez tyle lat
i do otworzenia jej na tyle, aby ktoś mógł się przez tę szczelinę przecisnąć... ktoś taki jak Harry.
Nie powinien tak ryzykować. Nie powinien próbować przeciskać się przez tę
szczelinę. Ponieważ teraz, kiedy nagle się zatrzasnęła, rozcięła go na kawałki. I tam
w środku, pod tą jadowitą skorupą pozostało coś, bez czego nie był w stanie
funkcjonować. Jego serce.
Przełknął ciężko ślinę. Jego gardło było tak ściśnięte, że ledwie mu się to udało.
Teraz... teraz będzie musiał od nowa nauczyć się być sam. Będzie musiał nauczyć
się żyć... bez niego. Ale nie wiedział, czy to w ogóle możliwe.
Bo jak można żyć dalej, mając w sobie jedynie... pustkę?
***
- Nareszcie! Już zaczęliśmy się martwić! - wykrzyknął Ron, kiedy tylko Harry,
przemarznięty do szpiku kości, wszedł do Pokoju Wspólnego. Pomieszczenie było
wypełnione rozgadanymi uczniami, więc prawie nikt nie zauważył jego przyjścia. Na
razie. - Siadaj. Wyglądasz, jakbyś wrócił z bieguna polarnego.
Harry, unikając coraz bardziej zaciekawionych spojrzeń, ruszył w stronę kominka, ku
przywołującym go przyjaciołom. Zanim jednak dotarł do kanapy, część uczniów już
zaczęła szeptać między sobą i wskazywać go palcami. Do uszu Harry'ego docierały
niektóre zdania:
- ...nie widzę siniaków...
- ...myślisz, że wraca ze skrzydła szpitalnego?
- ...musi być w niezłym szoku...
Harry usiadł pomiędzy Ronem a Hermioną, kompletnie nic nie rozumiejąc z tych
strzępów zdań. Ale chyba nie chciał wiedzieć, o co chodzi.
- Stary, nawet sobie nie wyobrażasz, co się dzieje - zaczął Ron. - Cała szkoła aż
huczy od plotek. Ta lekcja przejdzie do historii, mówię ci.
Zanim Harry zdążył coś na to odpowiedzieć, obok kanapy zmaterializował się
zdyszany Dennis Creevey z zaczerwienionymi z przejęcia policzkami.
- Harry, wow! Słyszałem, co zrobiłeś! Jak postawiłeś się Snape'owi, a on cię pobił! I
jak Neville się popłakał, a ty go obroniłeś! Jesteś niesamowity!
Gdzieś z oddali dobiegł do Harry'ego zdenerwowany głos Nevil e'a:
- Ile razy mam powtarzać, że wcale się nie popłakałem?!
Obok Dennisa pojawiła się Angelina, a za nią Katie Bell.
- Słyszałyśmy, że Snape wyczyścił wszystkim kociołki i doprowadził kogoś do płaczu.
I odebrał punkty Ślizgonom! To prawda?
- Ee... - zaczął Ron, zerkając na całkowicie oszołomionego Harry'ego. - Częściowo.
- I podobno pobił Neville'a! A was wyrzucił z klasy.
- Nie, to Harry'ego pobił - wyjaśnił im Dennis. Obie dziewczyny spojrzały na
Harry'ego z niedowierzaniem.
- Naprawdę?
Harry zamrugał. Co to wszystko miało znaczyć?