do Pokoju Wspólnego. Nigdy wcześniej ani nigdy później nie widziała takiego blasku
w jego oczach. Wiedziała, że jest zakochany. Było to widoczne na pierwszy rzut oka.
Był zakochany do szaleństwa. Ale nigdy nie spodziewałaby się, że obiektem jego
uczuć i powodem takiego szczęścia... mógł być Snape. To po prostu przeczyło jedno
drugiemu. I pomimo wszystkiego do tej pory nie potrafiła tego pojąć. Ponieważ co ten
nieczuły, zamknięty w sobie człowiek mógł mu dać? Co takiego mógł mu
zaoferować? Co sprawiło, że Harry całkowicie oszalał na jego punkcie? Co w nim
takiego było?
Jej rozmyślania przerwał szelest odsuwającego się obrazu. Natychmiast spojrzała w
stronę wejścia, ale zamiast Harry'ego ujrzała wchodzącą do Pokoju Wspólnego
profesor McGonagall.
Wystarczyło jedno spojrzenie na twarz nauczycielki, by Hermionę ogarnęła zimna
fala przerażenia.
*
Podążającej pogrążonym w mroku korytarzem Hermionie wydawało się, że droga do
skrzydła szpitalnego jest o wiele dłuższa niż zazwyczaj. Musiała się bardzo
powstrzymywać, by nie wyprzedzić nauczycielki i po prostu nie puścić się biegiem.
Ron i tak miał już problem z nadążeniem za nimi i ciągle musiał podbiegać, by
dotrzymać im kroku. Żadne z nich się nie odzywało.
Z kilku zdań, które przekazała im McGonagal , wynikało, że Harry kilkanaście minut
temu został znaleziony przez Hagrida na błoniach koło zamku. Był przemarznięty i
wyziębiony niemal do granic wytrzymałości. Prawie nie kontaktował, gdy Hagrid go
stamtąd zabierał, a odkąd znalazł się w szpitalu, nie odezwał się do nikogo ani
słowem. Przyznała się także do tego, iż zaczęła się nawet obawiać, że ktoś mógł
rzucić na niego Imperiusa, ale wykonała test magii i nic takiego nie wykryła.
Serce Hermiony biło coraz szybciej i mocniej w miarę, jak zbliżali się do szpitala, już
widziała jego olbrzymie, stalowe drzwi... i nagle te drzwi otworzyły się i wybiegła z
nich pani Pomfrey.
- Och, Minerwo, jak to dobrze, że już jesteś! - wykrzyknęła spanikowana. - Nie wiem,
co się stało! Wyszłam tylko na chwilę przygotować dla niego kilka lekarstw, a kiedy
wróciłam, łóżko było puste. Potter zniknął!
Hermiona poczuła, jak serce opada jej aż do żołądka. Oczy profesor McGonagall
rozszerzyły się.
- Musimy natychmiast przeszukać zamek! Nie mógł odejść daleko w takim stanie!
Jesteś pewna, że nie ma go w skrzydle?
Pomfrey energicznie pokiwała głową.
- Przeszukałam wszystko, sprawdziłam każdy kąt. Nigdzie go nie ma.
Hermiona nigdy nie widziała jej tak przerażonej. Pielęgniarka znana była z tego, że
potrafiła zachować zimną krew w każdej sytuacji. Złamania, dziwne deformacje,
śmiertelne rany, skutki klątw... nic nie potrafiło wyprowadzić jej z równowagi, ale
znikający nagle pacjent to była zupełnie inna sprawa. Tutaj jej wiedza i
doświadczenie nie mogły się przydać na nic.
- Musimy zawiadomić wszystkich nauczycieli, zwołać duchy i skrzaty. Trzeba go
znaleźć i to jak najszybciej! Na bogów, przecież ledwie przytomny uczeń nie mógł ot
tak zniknąć z zamku. Musi gdzieś być.
- Ja wiem, gdzie jest! - krzyknęła nagle Hermiona. Obie kobiety spojrzały na nią z
zaskoczeniem. - To znaczy... domyślam się. Chodź, Ron. - Złapała kompletnie
zdezorientowanego chłopaka za rękę i zaczęła go ciągnąć. - Poszuk... - Urwała
nagle, słysząc dziwny odgłos. Dochodzące z jednego z bocznych korytarzy
regularne... plaskanie.
Cała czwórka odwróciła się w tamtą stronę. Odgłos przybliżał się i po chwili zza
zakrętu korytarza wyłonił się... Harry. Szedł boso po kamiennej posadzce, ubrany w
szpitalną piżamę ze spuszczoną głową i wzrokiem utkwionym w podłodze.
Hermiona niemal osunęła się na ziemię z ulgi, ale ulga była tylko chwilowa, bo kiedy
podszedł bliżej, a na jego twarz padło światło umieszczonej na ścianie pochodni, jej
żołądek wywrócił się.
Ponieważ to już nie był ten sam Harry, którego widziała zaledwie kilka godzin temu.
Wyglądał tak, jakby w tym krótkim czasie samotnie przewędrował przez piekło. Jego
twarz była blada i zapadnięta. Oczy podkrążone i pomimo tego, że nie mogła ich
dostrzec, ponieważ skierowane były w dół, wydawały się całkowicie pozbawione
wyrazu. Martwe.
- Potter - wydusiła w końcu profesor McGonagall, kiedy Harry zrównał się z nimi. -
Nie powinieneś wstawać i szwendać się samotnie po zamku w takim stanie.
Wyraźnie kazaliśmy ci leżeć w łóżku.
- Stary, wszyscy się o ciebie martwiliśmy - burknął Ron, wpatrując się w Harry'ego z
mieszaniną strachu i ulgi.
- Jak mogłeś napędzić nam takiego strachu? - powiedziała oburzona pani Pomfrey. -
Znikać tak bez uprzedzenia! I w dodatku boso! Przecież podłoga jest lodowata!
Prawie tam zamarzłeś, a teraz jeszcze...
- Musiałem coś załatwić. - Harry powiedział to niezwykle cicho, ale takim głosem, że
nawet Hermionę przeszły ciarki. Pani Pomfrey momentalnie ucichła.
Harry przeszedł obok nich, nie zaszczycając ich nawet jednym spojrzeniem, po czym
zniknął za drzwiami szpitala.
Hermiona przełknęła ślinę, chociaż miała wrażenie, że przełyka gwoździe. Wymieniła
spojrzenia z profesor McGonagall i ruszyła za Harrym. Powoli weszła do szpitala,