ogromne, zlepione ze sobą płaty śniegu, które bez przerwy wyłaniały się z mroku i

uderzały w okno, wzbudzały w niej nieokreślony niepokój. Jakby w każdej chwili z tej

ciemności mogło się wyłonić coś o wiele bardziej niebezpiecznego, a te gigantyczne

płatki śniegu były czymś w rodzaju preludium. Zapowiedzią wojny, która wciąż wisiała

nad zamkiem i w każdej chwili mogła go dosięgnąć swoimi zimnymi, zakrwawionymi

palcami.

Potrząsnęła głową i zamknęła oczy.

Nie, to tylko śnieg. Ostatnio jest zdecydowanie zbyt przewrażliwiona.

Spojrzała na siedzącego obok Rona, który spał z głową na pergaminie. Ostatnie

linijki tekstu były całkowicie rozmazane i już sobie wyobrażała, jak będzie wyglądał

jego policzek, kiedy się obudzi. Na samą myśl o jego rozczochranych włosach i

rumieńcu zawstydzenia na policzkach, kiedy nieudolnie będzie próbował zetrzeć z

twarzy atrament, czuła ciepło w sercu. Zawsze był taki beztroski. Wydawało się, że

nie istnieje nic, co mogłoby sprawić, by zaczął się martwić i mieć czarne myśli, które

konsumowałyby go od środka. Tak jak ją. Jako jedyny potrafił sprawić, że czasami o

nich zapominała i chociaż na chwilę przestawała zadręczać się problemami, które

wydawały się nie mieć końca. Czasami odnosiła wrażenie, że przesadza, że nie

powinna się tak przejmować, ale nie potrafiła przestać się martwić. Nie potrafiła ot tak machnąć ręką i powiedzieć sobie "jakoś to będzie". On to potrafił. Robił tak przez cały czas. Żył w swoim własnym świecie, w którym nie istniały problemy, a

przynajmniej nie takie, których nie dałoby się rozwiązać po prostu czekając na to, aż

rozwiążą się same. To był prawdziwy dar. Czasami łapała się na marzeniach o tym,

że oddałaby połowę swojej wiedzy za taki dar. Ale wtedy on się do niej po prostu

uśmiechał albo robił coś absolutnie głupiego i wiedziała, że "jakoś to będzie". Że skoro on jest taki beztroski, to na pewno nie jest tak źle, jak jej się wydaje i z

pewnością mają przed sobą jeszcze długą przyszłość, nawet gdyby za chwilę do

bram zamku miała zapukać wojna. I że Harry na pewno znajdzie jakiś sposób, aby

pokonać Voldemorta...

Właśnie, Harry...

Spojrzała na wielki, wiszący na ścianie zegar. Wahadło kołysało się rytmicznie,

porcjując czas na maleńkie, równe kawałeczki. Była prawie północ. Miał wrócić za

chwilę. Ale ta chwila minęła już jakieś trzy godziny temu.

Starała się nie niepokoić, ale nie potrafiła. Widziała, jak zachowywał się przez cały

dzień. Nagle z całkowitego przygnębienia przeszedł w stan absolutnego... no

właśnie, czego? Najpierw uśmiechał się do siebie, by za moment na jego twarzy

pojawił się smutek. Wyglądał tak, jakby sam nie wiedział, gdzie się znajduje i co ma

robić. Obserwowała go uważnie, kiedy podczas lekcji wpatrywał się w ścianę,

uśmiechając się trochę nieprzytomnie i błądząc myślami gdzieś daleko. A najgorsze

było to, że chyba domyślała się, gdzie nimi błądził...

Nie potrafiła przejść do porządku dziennego nad rewelacjami, które odkryła. Po

prostu nie potrafiła. Sama myśl, że Harry, ten Harry, którego znała od dziecka, jest...

boże, nawet trudno jej było o tym pomyśleć... jest zakochany w nauczycielu, którego

nienawidził, odkąd tylko sięgała pamięcią... sama ta myśl przyprawiała ją o gęsią

skórkę i coś ciężkiego osiadało jej na dnie żołądka. To było tak abstrakcyjne, tak

nielogiczne... Jak mógł? Jak mógł się w nim zakochać? Przecież to jest Snape...

Nie, musi przestać. Znowu zaczyna myśleć jak Ron.

To już nawet nie chodziło o to, że Snape jest... Snape'em, że jest ich nauczycielem,

że jest od Harry'ego ponad dwa razy starszy. Chodziło o to, że jest... niebezpieczny.

Że może go skrzywdzić, wykorzystać do jakiegoś celu, może zrobić mu coś, co go

zniszczy, może...

Przymknęła oczy, oparła się łokciami o stół i ukryła twarz w dłoniach, wzdychając

głęboko.

Może, ale nie musi. Być może on również coś do Harry'ego czuje...

Kiedy tylko dowiedziała się prawdy, zaczęła uważnie obserwować Snape'a. Wiele

spojrzeń, dziwnych zachowań, które wcześniej wydawały jej się niezrozumiałe,

nareszcie nabrało sensu. Pamiętała je. I pamiętała, w jaki sposób Snape patrzył na

Harry'ego, jak śledził go wzrokiem w każdej możliwej sytuacji, jakby nie potrafił się

przed tym powstrzymać. Jakby miał w sobie jakąś wewnętrzną potrzebę, a potrzeba

ta obejmowała obecność Harry'ego, jego bliskość. Teraz, kiedy wiedziała na co

patrzeć, dostrzegała to wszystko. A kiedy przypadkowo mijali się na korytarzu...

Snape wyglądał tak, jakby oberwał zaklęciem oszałamiającym. Patrzył tylko na

Harry'ego, nie widział nikogo poza nim. Czasami miała wrażenie, że kiedy

przechodził obok niego, jedynie siłą woli powstrzymywał się, aby go nie dotknąć,

przyciągnąć do siebie, porwać. Ale zawsze tylko zaciskał dłonie w pięści i chował je

w kieszenie swojej obszernej, czarnej szaty.

Tak nie zachowuje się ktoś, kto nienawidzi.

I dokładnie to powiedziała Harry'emu w bibliotece. Nie mogła patrzeć na jego

cierpienie. Nie mogła również patrzeć na jego zaślepienie, ale nie potrafiłaby odebrać

mu nadziei. Ponieważ pamiętała, jaki Harry był szczęśliwy, kiedy wracał wieczorami

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги