niechęć i odrazę. Czy nie było ani jednej takiej chwili, nawet małej chwilki, w której
ten ktoś, kim okazał się Snape... w której poczułby chociaż maleńką iskierkę ciepła?
Cokolwiek? Chociaż współczucie? Zawahanie? Czy wszystkie te chwile... każda
chwila... każda pojedyncza, rozżarzona chwila pomiędzy nimi była jedynie ułudą? Nie
istniała naprawdę?
Nie.
Dobitnie się o tym przekonał. Czekał i czekał na jakikolwiek znak, jakikolwiek
moment... pamiętał ostatnią noc, musiał ją zobaczyć, przekonać się, że wtedy, kiedy
Snape oddał mu wszystko... coś się zmieniło. Musiało! Ale okazało się, że był to tylko
kolejny element układanki. Kolejne zagranie. Wyżyny aktorstwa.
Dlaczego był tak głupi? Dlaczego mu zaufał? Dlaczego nigdy nie zastanowił się
głębiej nad jego motywami, nad zachowaniem, nad tymi wszystkimi znakami, które
przez cały czas otrzymywał? Przecież prawda zawsze, zawsze była wprost przed
jego oczami... ale on nie chciał jej dostrzegać. A teraz... teraz, kiedy jego oczy się
otworzyły, wszystko wydawało mu się tak oczywiste.
Pamiętał je. Pamiętał te drobne szczegóły, mało znaczące słowa, gesty, które jednak
znaczyły znacznie więcej, niż podejrzewał.
- Myślę, że wypiłeś już wystarczająco dużo do tego, co planuję...
- A co planujesz?
- Jeżeli już musisz wiedzieć... Planuję cię zabić, panie Potter.
Pamiętał je wszystkie. Dopiero teraz, kiedy było już za późno...
- A czy warzysz teraz jakiś trudny eliksir?
- Owszem.
- A... czy długo będziesz go jeszcze warzył?
- Tyle, ile potrzeba.
Pamiętał ten niesamowity blask, który pojawił się w oczach Snape'a po tym pytaniu.
Pamiętał również swoją naiwność, kiedy myślał, sądził...
- Chcę też, żebyś wiedział, że bez względu na to, co zrobisz i co się stanie... ja
zawsze będę po twojej stronie. Przy tobie.
- Zobaczymy. Przypomnę ci o tym w odpowiednim momencie.
I pamiętał słowa Hermiony, jej ostrzeżenia.
Boję się... że on cię może zwodzić, żeby w końcu oddać cię w ręce Voldemorta.
Pomyśl, Harry... dlaczego miałby się tak nagle tobą zainteresować? Co mogłoby tak
raptownie zmienić jego stosunek do ciebie? Przecież zawsze cię nienawidził.
...nienawidził...
...nienawidził...
...nienawidził...
Ostatnie słowo odbiło się echem w jego umyśle.
Nienawidził go. Snape przez cały ten czas go nienawidził... a on tylko chciał z nim
być. Tylko tyle.
Po prostu być.
Jak mógł być taki naiwny? Jak mógł myśleć, że cokolwiek dla niego znaczy? Jak
mógł aż tak się pomylić? Przez cały czas był dla niego jedynie... narzędziem. Tak
samo, jak dla wszystkich innych. Narzędziem służącym do pokonania Voldemorta,
nieprzydatnym do niczego innego. Kompletnie niepotrzebnym. Bezużytecznym.
Uniósł głowę. Z jego włosów spadło kilka płatków śniegu. Skóra była zaczerwieniona
od zimna, całe ciało dygotało. Ale w zielonych oczach nie było niczego.
Dobrze. Skoro wszyscy tak go traktowali... w takim razie tak właśnie będzie się
zachowywał. Pozbędzie się swoich uczuć, pozbędzie się wszystkiego, co czyni go
Harrym, pozostawiając jedynie bliznę i okulary, ponieważ tylko to w nim dostrzegali.
Nigdy nie był dla nich niczym innym... niczym więcej.
Tylko Potterem.
***
Ciemność pogłębiła się, gdy jedyny wolny od chmur skrawek nieba, przez który
przebijało się delikatne światło księżyca, został przez nie zasnuty. Śnieg padał cicho.
Osiadające na ziemi płatki nie wydawały żadnego dźwięku. Nawet wiatr postanowił
na jakiś czas zawiesić swoją działalność i odpocząć. Ale w tę odosobnioną ciszę
natury wkradał się powoli jakiś dźwięk.
Kroki. Skrzypiące na śniegu, rozcinające idealnie gładką, białą płachtę.
Przez błonia podążała ciemna sylwetka. Odcinająca się od bieli śniegu czernią
swych szat i całkowicie zakrywającego głowę kaptura. Nie spieszyła się. Szła powoli,
rozgarniając butami śnieg. Wyprostowana, chociaż wydawało się, że barki ma nieco
przygarbione, jakby coś na nich ciążyło. Kierowała się w stronę ciemnej, wyrastającej
z białej kołdry ściany Zakazanego Lasu. Lecz kiedy do niej dotarła i pierwsze drzewa
ukryły ją w swym mroku, zatrzymała się. I odwróciła powoli, spoglądając na
pozostawiony za plecami Hogwart.
Stała tak nieruchomo przez pewien czas, przyglądając się pogrążonym w ciemności
wieżom zamku i płonącym w niektórych oknach, odległym światłom. Jej wzrok
powędrował ku wschodniej wieży i zatrzymał się tam, przypatrując się jej przez
niezwykle długi czas.
Po chwili jednak postać poruszyła się. Uniosła prawą dłoń i przycisnęła ją do lewego
przedramienia. Powoli odwróciła się plecami do zamku i spojrzała w rozciągający się
przed nią gęsty, lepki mrok. W aksamitnej ciszy rozległ się trzask aportacji.
Na śniegu pozostały jedynie urwane ślady. Severus Snape odszedł.
--- rozdział 57 ---
57. Nothing I've become
I abandoned this love and laid it to rest
And now I'm one of the forgotten
I'm not, I'm not myself
Feel like I'm someone else
Fal en and faceless
So hollow, hollow inside*
Hermiona przerwała pisanie i spojrzała w okno na padający gęsto śnieg. Miała
wrażenie, że sypie coraz mocniej i chociaż nie widziała dalej niż na kilka metrów, to