najpotężniejszym czarnoksiężnikiem, jaki istniał, potężniejszym nawet od
Grindelwalda. To magia utrzymuje go przy życiu. To ona jest jego słabym punktem. I
Snape to odkrył. Obmyślił idealny plan pozbycia się Voldemorta poprzez wyssanie
całej jego mocy. Szkoda tylko, że przy okazji miał zamiar pozbyć się również
Harry'ego...
Ale przecież musi istnieć jeszcze jakiś inny sposób! Jakaś luka. Coś, o czym nikt nie
pomyślał...
Dopóki jej nie znajdzie, będzie musiał skupić się na tym, co przynajmniej teoretycznie
znajduje się w zasięgu jego ręki. Na ćwiczeniu zaklęć ofensywnych i nauce
Legilimens Evocis. Umówił się z Luną zaraz po lekcjach przed Pokojem Życzeń. Miał
tak mało czasu... Najchętniej w ogóle przestałby chodzić na zajęcia, ale nie chciał
ściągać na siebie jeszcze większego zainteresowania. Podejrzewał, że gdyby opuścił
chociaż jeden dzień nauki, to McGonagall pojawiłaby się w dormitorium razem z
całym gronem pedagogicznym.
Pozory. O to w tym wszystkim chodziło. Zachować pozory. Chociaż i tak afera, która
rozpętała się wczoraj po Eliksirach, ściągnęła na niego zainteresowanie niemal całej
szkoły, kiedy okazało się, że liczba punktów Gryffindoru w przeciągu dwóch godzin
lekcyjnych spadła do zera i że to najwyraźniej Potter ma z tym coś wspólnego.
Słyszał nawet, że McGonagall pobiegła do Snape'a z karczemną awanturą, ale
niewiele to dało, ponieważ liczba punktów nawet nie drgnęła.
Harry mógłby się założyć o wszystko, że Snape prawdopodobnie był teraz z siebie
niezwykle zadowolony. Niczego nie musiał już udawać. Nareszcie mógł pokazać
swoje prawdziwe oblicze, które przez tak długi czas był zmuszony ukrywać i
hamować. Nareszcie mógł pokazać, jak bardzo nienawidzi Harry'ego, jak bardzo nim
gardzi, a teraz, kiedy Harry zniszczył cały jego plan, zapewne nienawidził go jeszcze
bardziej...
Ciekawe, czy zastanawia się, dlaczego Voldemort darował mu życie... Z pewnością,
ale nigdy tego nie zrozumie, ponieważ nie przyjdzie mu do głowy, że Harry, po tym
co zobaczył w myślodsiewni, byłby w stanie dokonać czegoś tak szalonego i
uratować mu życie.
Harry był więcej niż pewien, że Voldemort dotrzymał słowa i nie powiedział
Snape'owi o niczym. Upewnił się o tym w momencie, w którym mężczyzna przyznał
mu szlaban do końca roku szkolnego. Wciąż pamiętał satysfakcję, z jaką to zrobił...
Nie, Snape o niczym nie wiedział. I Harry był równie pewien, że nie wiedział o tym
także nikt inny. Voldemort nie był głupi. Zachowanie wszystkiego w tajemnicy było
mu bardzo na rękę. Nie mógł zaryzykować, że w jakikolwiek sposób doszłoby to do
Dumbledore'a, przecież wielu Śmierciożerców ma synów i córki w Hogwarcie.
Wystarczyłaby jedna wypowiedziana w złości albo w chęci zatriumfowania uwaga...
Nie, nikt poza Harrym i Voldemortem nie ma pojęcia o tym, co wydarzy się już
niedługo.
Oczywiście Harry nie był kretynem i domyślał się, że Voldemort złamie obietnicę
dokładnie w chwili, kiedy tylko aportuje się na umówione miejsce spotkania.
Nareszcie będzie miał w swych rękach Harry'ego Pottera. Nie przepuści takiej okazji.
Będzie pławił się w chwale. W końcu będzie mógł powiadomić o tym wszystkich,
nawet samego Albusa Dumbledore'a. "Oto wasz bohater, wasz Wybraniec... patrzcie
na niego... patrzcie, jak ginie..."
Harry zacisnął oczy.
Myśl o własnej śmierci... nie była zbyt przyjemna. Ale dużo gorsza była myśl o tym,
co zrobi z nim Voldemort, jeżeli w końcu dostanie go w swoje ręce. Jak długo będzie
go torturował? Jak długo będzie się nad nim pastwił, zanim zaspokoi swoją żądzę
zemsty? Jak długo?
Wizja ze snu, który przyśnił mu się kilka tygodni temu, przecięła jego umysł niczym
sztylet. Wciąż na samo wspomnienie tamtego bólu jego skóra pokrywała się gęsią
skórką.
Nie może do tego dopuścić. Jeżeli sprawy zaczną przybierać zły obrót... jeżeli
wydarzenia rozegrają się według najgorszego z możliwych scenariuszy, wtedy...
wtedy...
Jeszcze mocniej zacisnął palce we włosach i pozwolił, by z jego piersi wyrwało się
długie westchnienie.
***
- Legilimens Evocis! Legilimens Evocis! Legilimens Evocis! Legilimens Evocis! Niech
to szlag!
Harry opuścił różdżkę i otarł pot z czoła.
Był wykończony. Głowa pulsowała mu od prób skupienia się, nogi trzęsły się niczym
pudding. Cofnął się i oparł o ławkę.
Luna westchnęła i przekrzywiła głowę, wpatrując się w Harry'ego ze zmarszczonymi
brwiami.
- Nie wydaje mi się, aby to zadziałało, nawet jeżeli krzyknąłbyś to zaklęcie
pięćdziesiąt razy. Tu chyba raczej chodzi o sposób, a nie o ilość...
- Wiem - odpowiedział zmęczonym głosem i przetarł oczy. Od dwóch godzin
próbował rzucić to jedno zaklęcie i kompletnie mu nie wychodziło. Nieważne jak
bardzo oczyszczał umysł. Nieważne jak bardzo Luna starała się mu pomóc,
otwierając swój. Nie posunął się nawet odrobinę. Nie potrafił jej wyczuć, nie mógł
odnaleźć drogi. Nie wiedział nawet, w którą stronę powinien iść.
- Co czytałeś o tym zaklęciu? - zapytała Krukonka.
Harry zmarszczył brwi. Co o nim czytał? Przypomniał sobie starą księgę, którą
znalazł w Dziale Ksiąg Zakazanych.
- Hmm... że aby je rzucić, trzeba być albo doskonałym oklumentą, albo tak bardzo