Przez chwilę po prostu stali i mierzyli się wzrokiem, niczym w jakimś niewerbalnym

pojedynku, który przypominał pewnego rodzaju preludium przed prawdziwą bitwą.

Harry miał dziwne wrażenie, że powietrze stało się zbyt gęste, by dało się nim

swobodnie oddychać.

Mimowolnie zacisnął pięści. Nie miał ochoty patrzeć na Snape'a, nie miał ochoty

przebywać w jego pobliżu. Snape nie zasługiwał na to... nie miał prawa się do niego

zbliżać! Harry po prostu go ominie i odejdzie.

Zrobił krok w prawo, by wyminąć odzianą w czerń sylwetkę, ale mężczyzna poruszył

się i błyskawicznie przesunął w tę samą stronę, zagradzając mu drogę.

To było... zaskakujące.

Przez sekundę w spojrzeniu mężczyzny pojawił się lodowaty rozbłysk. Jakby

próbował ugodzić nim Harry'ego. Rzucić mu wyzwanie.

Harry zmrużył ostrzegawczo oczy i przesunął się w lewo, chcąc ominąć go z drugiej

strony, ale Snape jednym krokiem ponownie mu to uniemożliwił.

Co on sobie wyobraża? Jak w ogóle śmie...?

Powietrze stało się jeszcze gęstsze. Harry'emu wydawało się, że po jego skórze

wędrują iskry, kiedy odpierał to natarczywe spojrzenie czarnych oczu.

Zanim jednak zdążył wykonać jakikolwiek kolejny ruch, usłyszał za sobą zbliżające

się kroki. Snape przerwał kontakt wzrokowy i spojrzał w głąb korytarza.

Harry przez ułamek sekundy dostrzegł na jego twarzy rozdrażnienie. Mężczyzna

zmrużył oczy, ponownie musnął płonącym wzrokiem twarz Harry'ego i bez słowa

wyminął go, zachowując się tak, jakby nic się nie wydarzyło.

Harry nie odwrócił się. Powietrze powróciło do swej normalnej gęstości, więc w końcu

mógł wziąć w płuca głęboki oddech, pozwalając by wypełnił go chłód obojętnej

pogardy. Rozprostował zaciśnięte palce.

To było... to było... Jak Snape śmiał w ogóle próbować wykorzystać przeciwko niemu

te swoje plugawe gierki? Jakby miał nadzieję, że Harry się przestraszy albo straci

nad sobą panowanie... Co on sobie myślał?

- Och, dobry wieczór Severusie - usłyszał z oddali głos profesor Sinistry.

Nieważne. To wszystko jest nieważne.

Przymknął powieki i sięgnął w głąb... sięgnął po chłód i ciszę. Otulił się nimi,

pozwalając, by przywarły do niego niczym skorupa.

Tak było dobrze. Idealnie. Teraz czekała go nauka. Musi zachować czysty umysł.

Musi przyswoić jak najwięcej. To może być jego jedyna szansa. Nic, absolutnie nic

nie może go rozpraszać.

Zostało mu tylko dziewięć dni.

***

- Mam nadzieję, że ci nie przeszkadzam - powiedział Harry, kiedy Tonks wpuściła go

do swojego gabinetu.

- Oczywiście, że nie! - Tonks uśmiechnęła się promiennie, zamykając za nim drzwi. -

Jestem cholernie podekscytowana, że znowu mogę cię czegoś nauczyć, Harry. Och,

przepraszam. Nie powinnam tak przy tobie mówić. Teraz jesteś moim uczniem.

Ciągle o tym zapominam - roześmiała się. Podeszła do swojego biurka, odwróciła się

w stronę Harry'ego i klasnęła w dłonie. - Może się czegoś napijesz, zanim

zaczniemy? Ale żadnych wysokoprocentowych napojów! - Pogroziła mu przyjaźnie

palcem. - Już raz miałam przez to kłopoty.

- Przepraszam - mruknął Harry. W zasadzie, to nigdy jej za to nie przeprosił. A

przecież to przez niego miała te kłopoty.

- Och, to już nieważne. Było, minęło. Wszyscy uczymy się na własnych błędach, co

nie, Harry? No więc jak? Sok dyniowy? Herbata? Mam świetną jaśminową herbatę.

- Nie, dziękuję.

- Jesteś pewien?

- Tak.

- Szkoda. Myślałam, że dotrzymasz mi towarzystwa. - Odwróciła się i sięgnęła po

filiżankę parującej herbaty. Oparła się nonszalancko o biurko i przybliżyła filiżankę do ust. - No więc... czego chciałbyś się nauczyć?

- Jak pokonać Voldemorta - odparł szczerze Harry.

Ta odpowiedź wyraźnie zaskoczyła Tonks. Zamrugała i opuściła dłoń.

- Żartujesz, prawda?

Harry zmarszczył brwi.

- Dlaczego miałbym żartować? Przecież wszyscy wiedzą, że w końcu będę musiał

się z nim zmierzyć, a tak naprawdę to nic konkretnego nie umiem.

Tonks odstawiła filiżankę, pochyliła się lekko do przodu i wbiła w niego badawcze

spojrzenie.

- Moim zdaniem umiesz bardzo dużo, Harry. Żaden z moich uczniów nie umie tyle co

ty.

- Ale to wciąż jest niewystarczająco. Przecież nie pokonam Voldemorta zaklęciami

tarczy, zaklęciem rozbrajającym czy... nie wiem, zaklęciem galaretowatych nóg na

przykład.

Tonks roześmiała się.

- Chciałabym to zobaczyć...

- Przecież jesteś aurorem - kontynuował Harry. - Sama wiesz, jak niebezpiecznych

zaklęć używają Śmierciożercy. Walczyłaś z nimi, prawda? Pokonywałaś ich. W jaki

sposób?

Tonks przestała się uśmiechać i spojrzała na niego z powagą.

- Harry, nie mogę...

- Nie chodzi mi o czarnomagiczne zaklęcia - przerwał jej chłopak. - Ale nie mów mi,

że podczas walki z najgroźniejszymi Śmierciożercami, którzy bez wahania rzuciliby

na ciebie najboleśniejsze klątwy, nigdy nie używałaś przeciwko nim czegoś

poważniejszego od Reducto. Aurorzy na pewno znają inne zaklęcia. Zaklęcia, które

nie są zaklęciami czarnomagicznymi, ale potrafią dokonać czegoś więcej, niż tylko

ogłuszyć ofiarę. - Harry przerwał, wpatrując się w Tonks z uwagą. Zagryzła wargę.

Wyglądała tak, jakby walczyła ze sobą.

- Posłuchaj mnie, Harry. Gdyby Dumbledore...

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги