mu się odkryć jakąś książkę, czy dwie, które mogłyby mu się przydać w
przygotowaniach do starcia z Voldemortem.
Nie zawiódł się. Jeszcze przed obiadem wyszukał bardzo ciekawą pozycję o silnych
zaklęciach ofensywnych opartych na czterech podstawowych żywiołach. Chociaż
uważał, że oblanie Voldemorta wodą nie na wiele mu się przyda podczas walki, to
zaklęcia pozostałych trzech żywiołów wyglądały niezwykle interesująco, chociaż
podejrzewał, że nie wystarczy mu czasu na nauczenie się żadnego z nich, ponieważ
wyglądały na naprawdę trudne i skomplikowane.
Po obiedzie odwiedziła go Hermiona, aby zapytać jak sobie radzi i zaoferować
pomoc, ale Harry zbył ją szybko. Nie mógł dopuścić do tego, by odkryła, jakimi
książkami jest zainteresowany. Idąc na kolację, odczuwał już pewne zmęczenie
całonocną i całodzienną batalią z książkami. Tytuły oraz informacje fruwały mu przed
oczami, mieszając się ze sobą.
Kiedy wszedł do Wielkiej Sali, jego wzrok mimowolnie musnął odległy stół
nauczycielski. Ciemnej sylwetki znowu przy nim nie było. Nie widział jej ani na
śniadaniu, ani na obiedzie.
To dobrze. Najchętniej nie oglądałby jej już nigdy w życiu.
Usiadł obok Rona i pomachał siedzącej kilka miejsc dalej Ginny. W jakiś sposób jego
zemdlenie rozładowało napiętą sytuację pomiędzy nim a rodzeństwem Weasleyów.
Ron zachowywał się teraz naprawdę przyzwoicie, chociaż mogło to mieć coś
wspólnego również z tym, jak on sam się czuł od przebudzenia. Jakoś... inaczej.
Chociaż nie potrafił powiedzieć, dlaczego ani co się zmieniło.
Plask.
Harry spojrzał z zaskoczeniem na swój talerz, na którym wylądowała kopiasta łyżka
sałatki z tuńczyka, a zaraz za nią kolejna.
- Weź dużo, Harry. Jest naprawdę dobra - powiedziała Hermiona, uśmiechając się do
niego zachęcająco.
- Hej, mogłabyś mi też nałożyć? - zapytał Ron, patrząc wygłodniale na sałatkę.
Hermiona rzuciła mu takie spojrzenie, jakby poprosił ją co najmniej o to, aby weszła
na stół i zaczęła tańczyć. - No co? - Ron zapadł się w sobie pod jej spojrzeniem. -
Jemu nałożyłaś.
- Ponieważ Harry musi jeść. A ty wręcz przeciwnie. Gdyby zebrać wszystko, co
pochłaniasz, można by tym wykarmić małą wioskę.
- Wielkie dzięki - burknął Ron urażonym tonem, ale w tej samej chwili Harry przestał
zwracać na niego uwagę, ponieważ kątem oka dostrzegł mignięcie czarnej peleryny.
Błyskawicznie odwrócił głowę i... zobaczył go.
Snape'a.
Mężczyzna wszedł do Wielkiej Sali pospiesznym krokiem i usiadł na swym miejscu
przy stole nauczycielskim.
I Harry... doznał dziwnego wrażenia... jakby widział go po raz pierwszy... tak
naprawdę widział, ponieważ wcześniej jedynie... patrzył. I dlaczego wydawało mu
się, że Wielka Sala nagle się zmniejszyła? I dlaczego jego serce... serce, które
przecież powinno być zamrożone... dlaczego zaczęło reagować w taki niezrozumiały
sposób? Dlaczego?
Zacisnął zęby i spojrzał z powrotem na talerz... i na swoje drżące pięści.
Działo się coś bardzo niedobrego. Z nim. Ze... wszystkim. I bardzo mu się to nie
podobało.
Jakby... jakby... pojawiały się...
Nie!
Zamknął oczy i wziął bardzo głęboki oddech. Kiedy je otworzył, napotkał badawcze
spojrzenie Hermiony.
- Miahaś hację, Hehmioho... haprahdę dohra... - wymamrotał Ron z ustami pełnymi
sałatki.
Harry przełknął ślinę i wziął do ręki widelec.
Voldemort. Tylko Voldemort. Tylko on się teraz liczy. Tylko on.
Zabrał się za jedzenie, ale przez cały czas miał dziwnie ściśnięte gardło. Wydawało
mu się, że w Wielkiej Sali panuje o wiele większy zaduch niż zwykle. Gdzieś na
granicy jego widzenia wciąż majaczyła ciemna sylwetka, siedząca przy stole
nauczycielskim, która zdawała się ściągać jego uwagę.
Był zły na siebie. I ta złość potęgowała się z każdą chwilą, osiągając apogeum w
momencie, kiedy skończył jeść, z trzaskiem odłożył widelec na stół i sterowany
jakimś niezrozumiałym wewnętrznym głosem... podniósł głowę i spojrzał prosto na
niego. Prosto na Snape'a.
Mistrz Eliksirów siedział z lekko pochyloną głową i właśnie unosił kieliszek do ust, ale nagle jego ręka zatrzymała się i mężczyzna, jakby wyczuwając na sobie czyjś
wzrok... poderwał głowę. Zaczął się rozglądać po wypełnionej uczniami sali i po
chwili... odnalazł spojrzenie Harry'ego.
Ich oczy spotkały się.
I Harry poczuł się tak, jakby nagle cała Wielka Sala skurczyła się do rozmiaru tego
maleńkiego, ciasnego schowka, w którym on i Snape po raz pierwszy... i jakby znowu
był tym przerażonym chłopcem, który nie wie, gdzie uciec, jak uchronić się przed tym
taksującym, odbierającym zmysły spojrzeniem czarnych oczu, który zdaje się niemal
siłą wdzierać do jego duszy i sięgać coraz głębiej i głębiej...
Musi jak najszybciej stąd wyjść! Natychmiast!
Zerwał się z ławy, potrącając puchar z sokiem, który rozlał się po blacie.
- Jestem zmęczony - wymamrotał. Pod jego skórą tańczyły iskry. Serce dudniło w
piersi. I znowu czuł ten bolesny ucisk... - Pójdę się wcześniej położyć. - Nie czekając
na jakąkolwiek odpowiedź ze strony Rona albo Hermiony, wyszedł z Wielkiej Sali i na
uginających się nogach dotarł do dormitorium, gdzie rzucił się na łóżko, szczelnie